Zapada wieczór, na lagrze jest już po apelu. Siedzimy w paru przy stole i opowiadamy. Wszędzie się opowiadało: idąc po drodze na komando, wracając do obozu, przy łopacie i lorze99, wieczorem na pryczy, stojąc na apelu. Opowiadamy powieści i opowiadamy życie. I to, i tamto spoza drutów. Dziś nam zebrało się na obóz, może dlatego, że Kurt niedługo z niego wyjdzie.

— Właściwie o obozie nikt dokładnie nic nie wiedział. Trochę bzdur o bezcelowej pracy, np. zrywanie i układanie asfaltu albo rozgarnianie piasku. No i oczywiście to, że jest okropnie. Gadki chodziły między ludźmi. Ale Bogiem a prawdą, człowiek tym wszystkim za bardzo się nie interesował. I tak wiadomo, że jak wpadnie, to nie wyjdzie.

— Jakbyś przyjechał dwa lata temu, to by cię na pewno wiatr wywiał kominem — wtrącił sceptycznie Staszek, który tak świetnie organizuje.

Wzruszyłem ramionami z niechęcią.

— Albo i nie. Nie wywiał ciebie, to by nie wywiał i mnie. Ale, wiecie, na Pawiaku był jeden z Auschwitzu.

— Pewnie na rozprawę przyjechał.

— Właśnie. Pytali my go, a on nic, jakby wody do ust. Tylko mówił: „Przyjedźcie, to zobaczycie. A teraz — co wam gadać. Jak do dzieci”.

— Bałeś się obozu?

— Bałem się. Wyjechaliśmy z Pawiaka rano. Samochodami na dworzec. Źle: słońce świeci w plecy. Znaczy, że na Zachodni100. Auschwitz. Władowali nas do wagonów w tempie, a droga! Jechaliśmy według alfabetu, po sześćdziesięciu w wagonie, nawet nie było tłoku.

— Klamoty wziąłeś?