— Pewnie, że wziąłem. Pled i bonżurkę101 od narzeczonej, i dwa prześcieradła.

— Frajer, trzeba było kolegom zostawić. Nie wiedziałeś, że wszystko zabiorą?

— Szkoda było. Potem wyjęliśmy wszystkie gwoździe z jednej ściany, wyrwaliśmy deski i fraka102! Ale na dachu był karabin maszynowy, od razu utłukł trzech pierwszych. Ostatni wychylił łeb z wagonu i dostał kulę w kark. Pociąg od razu zatrzymano, a my w kąt! Wrzask, krzyk, piekło! Trzeba było nie uciekać! Tchórze! Zabiją nas! I przekleństwa, ale jakie.

— Nie gorsze niż z babskiego lagru.

— Nie, nie gorsze. Ale zawsze mocne. A ja siedziałem pod kupą ludzi na samym dnie. Myślę: dobrze, jak będą strzelać, to nie mnie pierwszego. I dobrze, bo strzelali. Puścili w kupę serię, zabili dwóch, a trzeciego ranili w bok. I los, aus103, bez rzeczy! No, myślę, teraz kaput104! Nic, tylko w czapę! Trochę mi się żal zrobiło bonżurki, bo miałem w niej Biblię, i, rozumiecie, zawsze od narzeczonej.

— Pled, zdaje się, też był od narzeczonej?

— Był. Też mi go było żal. Ale nic nie wziąłem, bo mnie zrzucili ze stopni. Nie macie pojęcia, jak wielki jest świat, gdy człowiek wyleci z zamkniętego wagonu! Niebo wysokie...

— ...niebieskie...

— Właśnie, niebieskie, drzewa aż pachną, las, że w ręce brać! Naokoło esesmani, automaty w łapach. Czterech odprowadzili na bok, a nas zagonili do drugiego wagonu. Jechaliśmy stu dwudziestu, trzech zabitych i jeden ranny. Mało cośmy się nie udusili w wagonie. Było tak duszno, że z sufitu lała się woda, ale dosłownie. Ni jednego okienka, nic, wszystko zabite deskami. Krzyczeliśmy za powietrzem i za wodą, ale jak zaczęli strzelać, tośmy się uspokoili od razu. Potem zwaliliśmy się na podłogę i leżeliśmy jak porżnięte prosiaki. Zdjąłem z siebie sweter, potem dwie koszule. Ciało opływało potem. Z nosa ciekła powoli krew. W uszach szumiało. Tęskniłem do Oświęcimia, bo znaczyło to świeże powietrze. Gdy otworzono drzwi na rampie, z pierwszym łykiem odzyskałem zupełnie siły. Noc była kwietniowa, wygwieżdżona, zimna. Nie czułem zimna, choć naciągnąłem na siebie zupełnie mokrą koszulę. Ktoś z tyłu objął mnie i pocałował. „Bracie, bracie” — zaszeptał. W czarnej, przyziemnej ciemności szeregami błyszczały światła obozu. Nad nimi rwał się niespokojny rudy płomień. Ciemność zbiegła się ku niemu. Zdawało się, iż płonie na niebotycznej górze. „Krematorium” — przeleciało szeptem po szeregach.

— Ale zawalasz, widać, żeś poeta — rzekł z uznaniem Witek.