Uwagi pana na temat „unieważnienia małżeństwa” są tak wnikliwe i słuszne, że wyrażenie ich autorowi kilku słów szczerego uznania i zarazem podziwu dla — odwagi cywilnej, staje się po prostu potrzebą serca. Dając mu folgę, pozwalam sobie przy tej sposobności dorzucić parę spostrzeżeń.

Oto w sejmie i w prasie narodowo-demokratycznej szermuje się argumentem o wyższości kulturalnej dzielnic zachodnich. Czyby nie było prościej, zanim nastąpi „kleszczowy poród” prawa małżeńskiego w Komisji Kodyfikacyjnej, podnieść nieco resztę zacofanych dzielnic na poziom zachodniego ustawodawstwa, obejmującego przepisy o ślubach cywilnych i urzędach stanu cywilnego? Wiemy, że ludność tamtejsza pogodziła się z tym dawno, a jaka jest siła przyzwyczajenia, przytoczę przykład z własnego doświadczenia:

Kiedy, przed kilku laty, przeniesiono mnie tutaj, tutejsze służące (stuprocentowe katoliczki) wyrażały wobec żony poważne wątpliwości, czy nasze małżeństwo, zawarte tylko w kościele (w Krakowie) jest ważne, skoro nie byliśmy w urzędzie stanu cywilnego. Słowem, podejrzewano nas o konkubinat... (Tak by było wedle obowiązującego tu prawa). Z czasem, wobec coraz liczniejszego napływu ludzi z Galicji, z podobnymi konkubinatami oswojono się...

List ten jest niezmiernie interesujący. Podwójnie. Raz dlatego, że, jak już zwróciłem na to uwagę, szermierze małżeńskiego monopolu Kościoła, twierdząc, że uregulowanie cywilne tych spraw groziłoby „ruiną społeczeństwa”, przemilczają dyskretnie były zabór pruski, gdzie właśnie ustawodawstwo cywilne w sprawach małżeńskich istnieje. Nie tylko dzielnice te nie trącą „ruiną”, ale są w dodatku podobno najsilniejszą ostoją religii i rodziny.

Ale jest i rzecz druga. Te służące, patrzące podejrzliwie na ślub wyłącznie kościelny, jako na... konkubinat, mogą nie być tak naiwne i śmieszne, jak by się zdawało! Mogą istnieć wypadki, w których te służące miałyby zupełną słuszność... Oto przed paru dniami otrzymałem od znanego adwokata warszawskiego zajmującą relację z procesu, który niedawno temu, przez wzgląd na osoby wchodzące w grę, narobił sporo hałasu w Warszawie.

Katolik ożenił się z protestantką. Zgodnie z naszą obowiązującą ustawą, ślub odbył się w kościele obrządku narzeczonej, zatem w świątyni ewangelickiej. Po pewnym czasie, mężowi sprzykrzył się ten związek; cóż tedy robi? Udaje się po prostu do konsystorza katolickiego, który skwapliwie ślub ten unieważnił (bez zgody i bodaj bez wiadomości drugiej strony) i pobłogosławił nowy związek tego samego męża z inną. Pierwszą żonę, po unieważnieniu małżeństwa, mąż zostawił bez żadnego zaopatrzenia, pozbawił ją nawet mieszkania. Kościół, uznając małżeństwo za niebyłe, zwolnił go miłosiernie ze wszystkich obowiązków. Pokrzywdzona żona wytoczyła proces przed sądem; otóż, sąd, wyrokiem swoim skazującym męża na płacenie alimentów, stwierdził, że pierwsze małżeństwo jest legalne i ważne, a tym samym drugie, zawarte prawidłowo z punktu kościelnego i w kościele katolickim, stało się wobec prawa konkubinatem. Gdyby sąd miał odwagę być konsekwentny, wytoczyłby temu mężowi proces o bigamię, księdzu zaś o to, że dał ślub człowiekowi żonatemu; ten ostatni proces byłby z punktu prawnego niewątpliwie bardziej uzasadniony niż proces superintendenta Jastrzębskiego.

Widzimy tedy, że są okoliczności (a jest to wypadek typowy i wcale nie odosobniony), w których katolickie małżeństwo kościelne może być — o zgrozo! — konkubinatem, przynajmniej wobec prawa; a ostatecznie, prawo jest... prawem. Oto, jakie stosunki wytwarza dzika gospodarka małżeńska konsystorzy katolickich, depcąca13 nie tylko prawa państwowe, ale i wszelkie poczucia ludzkie. I nie wiem, doprawdy, czy przyczyniają się do powagi któregokolwiek Kościoła te wędrówki od wyznania do wyznania, przy czym religia i jej zmiana służą nieraz jedynie za narzędzie do oszukania i ograbienia bezbronnej istoty. Tego rodzaju stosunki czynią pożycie małżeńskie czymś nad wyraz niepewnym; ów rzekomo nierozerwalny związek staje się w istocie nierzetelną spółką, w której jeden ze wspólników może, przy pomocy władzy duchownej, w każdej chwili oszwabić drugiego. Tylko ujednostajnienie cywilne prawa małżeńskiego mogłoby temu zapobiec. Ale to uregulowanie grozi, wedle księdza profesora Kozubskiego, ruiną społeczeństwa! Trudno o wymowniejszy dowód, że Kościół — a raczej konsystorz — w swoim oporze zabrnął w jakiś zaułek, w którym każde słowo i każde pojęcie jest przeciwieństwem tego, co zwykły one oznaczać w języku uczciwych ludzi.

Ale, skoro pp. duchowni lubią formalistykę i dialektykę, mogę i tym służyć. U mnie jest wszystko, jak w sklepie; życzliwi czytelnicy dostarczają mi wszystkiego. Oto, co pisze do mnie jeden z najznakomitszych naszych uczonych:

Czcigodny Boyu-mędrcze!

Może ci się przyda pewien pomysł kościelnego rozwiązania sprawy rozwodów i unieważnień małżeństw; pomysł podany przed paroma laty w broszurze pewnego autora, którego nazwiska, niestety, nie pamiętam.