Proboszcz oprócz tego napisał list do władzy człowieka żyjącego na wiarę, że ponieważ pożycie takie daje zły przykład innym, prosi o wyrzucenie tego człowieka z posady...

Przypadkowo, ponieważ władza szczególnie ceniła i szanowała tego człowieka, denuncjacja pozostała bez skutku.

Zestawmy ten wypadek, w którym Kościół istotnie jest „nieprzejednany” — i więcej niż nieprzejednany — z doskonałym „przejednaniem” codziennych praktyk konsystorskich, a dojdziemy do smutnych wniosków...

Mam jeszcze i inne fakty, z nader wiarogodnego12, niemal urzędowego źródła, ale te już doprawdy zbyt brzydkie są, aby je tu przytoczyć.

Na zakończenie coś weselszego. „Głos Narodu” przejął się bardzo moją groźbą. „Boy (wykrzykuje) — jako założyciel nowego kościółka, nowej sekty! Diabeł ubrał się w ornat”.

Szkoda, że jeszcze nie dodał, że do mszy mi służą Staśko z Diderotem... Oj, głuptasy, głuptasy, jakże łatwo jest na waszym tle wydać się „mędrcem”...

Kościelne bigamie

Po każdym moim felietonie „rozwodowym” powiadam sobie: „No, to już ostatni! Już za dużo o tym temacie: trzeba przejść do czego innego”.

Ale gdzie tam! Nie dadzą mi. Listy, telefony, dokumenty, zachęty do „walki o dobrą sprawę”, fakty rzucające nowy snop światła; — wreszcie wymyślania pociesznych pisemek, bardzo rozweselające i zbawienne dla zdrowia. Wszystko to sprawia, że brnę dalej przez zakamarki tej fabryki zgorszenia, w której psychika średniowiecza pracuje udoskonalonymi metodami.

Listy! Między innymi, bardzo ciekawy list od urzędnika państwowego w byłej dzielnicy pruskiej, wybitnego prawnika. Zaczyna się od komplementu, który dla „dobra sprawy” z rumieńcem skromności przytaczam: