»Biedny Falschspieler, by jedną sekundę spokoju sobie w krwawym trudzie wywalczyć«.
Również następne dwie stronice przekreślone w całości, na str. 30 dopisane:
»Czasem kłamstwo najwyższą cnotą, by się ratować«.
Na str. zaś 31:
»O, Jezu! Jezu! Jaka krwawa ofiara!«
Potem — pisze p. Geszwind — Przybyszewski fałszował już fakty z widoczną pasją, nieraz jakby na ironię, jakby na złość wszystko przypisując drugiej żonie, i doprowadzał tym samym owe »natrętnie ponawiane« komentarze do absurdu!
A potem już milczał i odbywając milowe spacery w pokoju dookoła stołu, cytował często swoim zbolałym głosem dwa — ulubione ongiś przez Dagnę — fragmenty utworów powstałych za ich czasów berlińskich23... A gdy kończył, nieraz przystępował do ś.p. Jadwigi i — całował ją w ręce...”.
*
Fakty podane przez p. Geszwinda są niezmiernie interesujące i potwierdzają w całej osnowie artykuł mój Kłamstwo Przybyszewskiego, z tą różnicą, że sprawy, które ja uważałem za możliwe jedynie potrącić, p. Geszwind, posiadając dokumenty i upoważnienie, a nawet nakaz pisarza, ukazuje bez osłonek. Czemu więc broszura p. Geszwinda, potwierdzająca wszystko istotne w moim artykule, wymierzona jest przeciw mnie i pisana w tonie napastliwym, a nie zawsze przyzwoitym, trudno mi pojąć. Ponieważ jednak tchnie ona kultem zmarłego pisarza, którego pamięć jest mi nie mniej droga, spróbuję w kilku słowach spokojnie odpowiedzieć p. Geszwindowi na jego zarzuty.
Chodzi głównie o te punkty: p. Geszwind zarzuca mi brak pietyzmu dla Przybyszewskiego; zarazem ma mi za złe, że niedostatecznie wyświetlając rolę żony Jadwigi w jego niektórych poczynaniach, przedstawiłem samego pisarza w ujemnym świetle, gdy on był tutaj jedynie cierpiącą ofiarą.