Co do pierwszego punktu, muszę powiedzieć, iż p. Geszwind popełnia... nieścisłość, traktując mój artykuł Kłamstwo Przybyszewskiego jakby to było jedyne, co napisałem o Przybyszewskim. Wręcz przeciwnie, jest to ogniwo (nieukończonego zresztą) cyklu artykułów, poświęconych Przybyszewskiemu. Że rozważając twórczość pisarza, natrafiłem w niej na moment tak zasadniczy, który musiałem oświetlić, to zupełnie naturalne. Ale od śmierci Przybyszewskiego pisałem o nim kilka razy; pod świeżym wrażeniem straty poświęciłem mu najgorętsze wspomnienie. Żegnałem tam „jednego z najczystszych artystów, poetę w każdym włóknie duszy, człowieka, który cały żył sztuką, cały był sztuką, spalał się w niej, który życiem swoim, każdą jego godziną płacił prawdę i powagę tego, co głosił słowem, człowieka, który, już uwieńczony sławą na szerokich drogach świata, party wewnętrznym musem wrócił do nas, aby dzielić jakże biedną i smutną naszą ówczesną dolę, który płomieniem swej duszy rozpalił i rozświetlił polskie życie, przyczyniając się jak mało kto do jego wspaniałej odnowy”...

Zarzut „przekreślania całego Przybyszewskiego”, który mi czyni p. Geszwind, brzmi wobec tego cokolwiek dziwnie.

W felietonie Poeta a pieniądz podnosiłem, tak samo jak p. Geszwind, głęboką dobroć Przybyszewskiego. Ale właśnie z tej dobroci, przez którą nieraz obcemu człowiekowi na ulicy oddał wszystko, co miał w kieszeni, wynikało nieodzownie, że nazajutrz mogło mu braknąć pieniędzy na najpilniejsze potrzeby rodziny, na co zresztą patrzałem własnymi oczami.

Artykuł Kłamstwo Przybyszewskiego poprzedziłem innym artykułem, omawiającym jego język, przeprowadzając porównanie jego twórczości niemieckiej i polskiej i wskazując, gdzie czytelnik ma szukać wielkiego poety, którym był Przybyszewski. Zarzut więc p. Geszwinda, że o „pisarzu Przybyszewskim” ani słowa nie powiedziałem, jest znowuż dziwny.

Oburza p. Geszwinda, że wspominam o „alkoholizmie Przybyszewskiego”. Przybyszewski sam mówi o swoim nałogu ze szczerością i prostotą, po cóż tedy, wbrew prawdzie, wybielać go w tej mierze? Pan Geszwind chce położyć koniec tej „legendzie”, tym „alkoholowym bredniom” i przysięga, że „nie wypił z Przybyszewskim ani kieliszka”. Pan Geszwind obcował z pisarzem w ostatnich latach jego życia. Ja przed laty trzydziestu, i o tej epoce mówiłem; on nie wypił z nim ani kieliszka, ja wypiłem parę beczek; czy to znaczy, te jeden z nas koniecznie „mówi brednie”?

Pan Geszwind stwierdza, że w okresie drugiego małżeństwa „talent Przybyszewskiego wcale się nie rozwijał”; powiada, że „ze śmiercią Dagny skończyło się twórcze życie Przybyszewskiego”. Ale oburza się na mnie, gdy się ujemnie wyrażę o utworach z tego okresu upadku. O cóż chodzi, skoro obaj mówimy to samo?

To, że nie tylko Przybyszewski, ale każdy prawie pisarz wprowadza w swoje utwory własne przeżycia, wiem bardzo dobrze; ale chodzi o to, jak to robi i z jakich pobudek. Sam p. Geszwind stwierdza, że Przybyszewski czynił to często nie z pobudek artystycznych, ale dla dogodzenia chorobliwej zazdrości i nienawiści żony, równocześnie zaś oburza się, kiedy ja to nazywam „pamfletem”. Jeżeli p. Geszwind i sam Przybyszewski nazywają przedmowę do Krzyku „haniebną”, dlaczegóż nie wolno nazwać pamfletem zupełnie analogicznej enuncjacji np. w Powrocie? Tym bardziej, że dowiadujemy się od p. Geszwinda, iż bruliony Przybyszewskiego bywały kreślone i zmieniane obcą ręką.

Pana Geszwinda razi w moim artykule wszystko, począwszy od tytułu Kłamstwo Przybyszewskiego, użytego przeze mnie w szerszym, symbolicznym niemal, nie zaś drobiazgowym znaczeniu. Woła z ironią: „Boy uczynił naprawdę prawdziwe odkrycie: Przybyszewski kłamał!”. Natomiast sam raz po raz używa tego określenia: „konieczność wiecznego zakłamywania się” (str. 26), „fałszował fakty” (str. 34) itd.

W artykule moim starałem się trzymać na gruncie tego, co znajduje się w pismach Przybyszewskiego, jak najmniej zaś wdawać się w wątpliwe zawsze psychologizowanie. Ostatecznie, pisarz sam odpowiada za to, co podpisał swoim nazwiskiem.

A wreszcie rzecz ostatnia, zasadnicza. Można rolą p. Jadwigi objaśnić pewne postępki w życiu Przybyszewskiego, ale nie można ich całkowicie usprawiedliwić. Jeżeli Przybyszewski, dla dogodzenia jej chorobliwej zazdrości, a zwłaszcza — jak sam wyznaje — dla „kupienia sobie chwili spokoju” pisze „haniebne” paszkwile na zmarłą od dawna i kochaną żonę i matkę swoich dzieci, można współczuć ze stanem, do jakiego ciężkie przejścia doprowadziły wielkiego pisarza, ale nazywać to, jak czyni p. Geszwind, „aktem ewangelicznej dobroci” wydaje mi się niezdrową przesadą. To, że Przybyszewski stworzył sobie mistycyzm swojej słabości, że brnął z obłędną perwersją w to, co uważał za swoje spodlenie, że uważał życie z Jadwigą za pokutę za Dagny, przy czym pokuta ta wyrażała się w obrzucaniu przez szereg lat pamięci Dagny błotem, to można by objaśnić komentarzem ze sfery psychopatologii, przywodzącej na myśl jakieś ciemne sekty; ale nie może p. Geszwind żądać, aby ktoś przed tą dobrowolną „hańbą”, popełnianą dla kupienia spokoju, przed tą ponurą mistyką i przed pojętą w ten sposób „ewangeliczną dobrocią” na twarz upadał. Do tego największy pietyzm dla pisarza nie obowiązuje. Pan Geszwind uległ tu widocznie sugestii atmosfery, jaką stwarzał dokoła siebie Przybyszewski.