I jeszcze jedno, najbardziej zasadnicze. Zdaje mi się, że p. Geszwind zbytnio upraszcza te zawiłe i bolesne sprawy, obciążając wszystkim konto Jadwigi Przybyszewskiej. Ona wniosła w pożycie „nerwowość”. Dobrze. Ale nie zapominajmy, że Przybyszewski miał „nerwowości” dosyć tam w sobie, że malström męki i szaleństwa towarzyszył mu przez całe życie wszędzie. Niepodobna tłumaczyć tu wszystkiego despotyzmem Jadwigi, również niepodobna jedną formułką wyczerpać tego pożycia, które trwało przecież ćwierć wieku i które musiało mieć różne fazy. I uczucie jego dla Jadwigi, i stosunek jego do pamięci Dagny (mam na to dowody) przechodziły niewątpliwie ewolucje, że ambitna kobieta może wymusić na artyście pochwalne dedykacje, pochlebstwa, wykreślenie niemiłych jej ustępów, nawet pewne enuncjacje, to zrozumiałe; ale niepodobna przez ćwierć wieku wymuszać szeregu dzieł pisanych w przejrzystych aluzjach ku jej chwale. Niepodobna zmusić pisarza, aby napisał Odwieczną baśń czy Zmierzch. A przecież cała ćwierćwiekowa twórczość Przybyszewskiego przeniknięta jest Jadwigą, jest hołdem dla niej. Pierwszy zaś utwór przepojony czułością dla Jadwigi, a zawierający wrogie echa pierwszego małżeństwa (Synowie ziemi), pisany był w r. 1901, prawie równocześnie z Epitaphium dla Dagny.

Kilkowierszowy ustęp, że „potem Przybyszewski fałszował już fakty, z widoczną pasją, nieraz jakby na ironię” — to też nowa zagadka, a nie jej wyjaśnienie.

Jest to więc sprawa o wiele bardziej skomplikowana, niżby się nawet po rewelacyjnych faktach, ujawnionych przez p. Geszwinda, mogło zdawać. Jest to niezmiernie zawiły kompleks psyche Przybyszewskiego, psyche przepastnej i ciemnej. I dodać należy, że nawet osobiste, najbardziej poufne zwierzenia Przybyszewskiego — zwłaszcza sięgające wstecz — nie mają rozstrzygającego znaczenia24 Gdzie była jego „prawda” — któż to przeniknie. I czy ona w ogóle dla takich natur istnieje?

I nie o to chodzi, aby „plotkować”, nie o to, aby czernić czy bielić, aby się czynić adwokatem którejś strony. Nie o to też chodzi, aby sobie stwarzać jakiś monopol prawdy o pisarzu i wymyślać tym, którzy tej prawdy szukają; ale o to, aby zrozumieć i rozświetlić tajemnice twórczości jednego z naszych wielkich pisarzy. Czemu więc, podając swój cenny przyczynek faktów, p. Geszwind uważał za potrzebne przypieprzyć go bałamutną i nierzeczową polemiką i ubrać go w formę napaści na mnie, nie bardzo pojmuję. Ale się też zbytnio tym nie przejmuję. Sądzę tylko, iż nieco lojalności ułatwiłoby dyskusje literackie.


Pan minister Alfred Wysocki, jeden z najdawniejszych przyjaciół Przybyszewskiego, udzielił mi kilku listów znakomitego pisarza.

Oto one:

I.

(Berlin 1896, Kantstrasse)

Kochający.