Czyż potrzebuję dodawać, że rysy komiczne nie mają nic wspólnego z brakiem szacunku; że opowiada się je o najdroższych osobach. Obracałem się od dziecka w świecie artystów, żyłem w pobliżu Przybyszewskiego, Wyspiańskiego: ależ tam nie było dnia bez anegdoty! A jakże te charakterystyczne rysy przybliżają, jak ułatwiają obcowanie z poetą, z jego dziełem!

Ale można by rzecz ująć głębiej. Można powiedzieć, że życie wielkiego poety jest zasadniczo komiczne, co nie stanowi bynajmniej sprzeczności z jego tragizmem! Jest komiczne przez nieustanny kontrast między marzeniem a realnością, światem myśli a światem faktów, wzlotem ducha a przyziemną trywialnością. W nieustannych konfliktach swych z rzeczywistością poeta jest prawie ciągle komiczny, wspaniałym i szlachetnym komizmem Don Kichota. Komiczny jest Rousseau w swoich szamotaniach się w pustelni, komiczny Musset w „epizodzie weneckim”, komiczny Shelley w swojej podróży na ośle, komiczny Balzac w swoich planach i pomysłach, komiczny Byron wjeżdżający do Wenecji ze swoją menażerią... Wiernie spisane życie poety, to nieodzownie wielki poemat komiczny. I kochamy go za ten komizm: on może uczłowiecza jego wielkość...

Czuł ten poetycki komizm Słowacki, gdy pisał komedię o Zygmuncie Krasińskim. Czy nie mógłby jej napisać o Mickiewiczu? Sądzę, że by mógł. Nie mówię o tragicznej komedii towiańsczyzny, w której, kiedy się czyta listy Mickiewicza, ma się chwilami ponure wrażenie jakiejś reminiscencji molierowskiego Orgona, co nie znaczy zresztą, aby Towiański był Tartufem. Ale czyż nie jest olbrzymim rozdziałem z Don Kichota historia naszej emigracji, ów ciągły zatarg z przeciętnym życiem ludów, w którym Mickiewicz, zrażony materializmem32 Francuzów, dochodzi np. do wniosku, że... „Anglia gotowa jest przelać krew za Polskę”. Czyż nie jest wspaniałym Don Kichotem Mickiewicz wyruszający ze sztandarem na czele legionu złożonego z dwunastu ludzi, „prawie wszystkich nic wartych”, jak mówi o nich Krasiński? Życie ma swój patos i ma swój komizm, i dopiero te dwie rzeczy razem dają pełnię prawdy.

Tak, jednolitość posągu wieszcza osiągnięto nieco sztucznie. Tymczasem wspaniały tragizm jego życia leży nie w jednolitości, ale w jego walkach i rozdarciach. Nie ma potrzeby go powiększać ani upiększać; Jest dość wielki i piękny. Mickiewicz to nie posąg; to człowiek ze swymi wzlotami i upadkami, to wielki twórca, którego nieszczęścia ojczyzny wzbiły na najwyższy szczyt i złamały go na nim.

Ale ta droga była, zdaje mi się, cokolwiek inna, niż moglibyśmy myśleć pod wpływem sugestii, którą nazwałbym genialną i bezwiedną zresztą mistyfikacją poety. Mając w pamięci Dziady, ulegamy złudzeniu, jakoby przemiana Gustawa w Konrada nastąpiła w celi bazylianów w Wilnie. W rzeczywistości linia ta wydaje mi się odmienna. Zatem najpierw Mickiewicz jako filomata w owym kółku, które jako główny cel kładło kształcenie się, ćwiczenia literackie i cnotę. Były to na ogół horyzonty dość ciasne. Rozszerza je dla Adama miłość i zawód miłosny; Schiller i Goethe. Mickiewicz staje się wielkim poetą, poetą własnego cierpienia, indywidualistą-romantykiem. Pochłania go problem własnego ja. Marzy o wyjeździe zagranicę, o poznaniu obcych ziem. Oddycha wichrami buntu, bogiem dla niego Byron. Kiedy już duchowo oddalił się od towarzyszy, kiedy zostawił ich daleko za sobą, naraz los łączy go z nimi na nowo. Wybucha sprawa filomatów, wydęta sztucznie przez Nowosilcowa, który widzi w niej sposób pozbycia się Czartoryskiego. Więzienie, niesrogie zresztą, w którym Mickiewicz, jak sam pisze, „odzyskał wesołość”, wyrwało go z zaduchu kowieńskiej belferki, z błędnego koła udręczeń miłości, dało nowy pokarm jego duszy. Wygnanie do Rosji jest raczej wyzwoleniem: nowy, szerszy świat; Odessa, Moskwa, Petersburg. Salony, miłostki. Sonety miłosne, sonety krymskie. Atmosfera literacka Rosji jest dlań ożywcza. „Zostaliśmy o wiek cały w literaturze” (w tyle), pisze. Dojrzewa jako artysta, jako człowiek. Tu, na obcej ziemi, staje się owym władcą mowy polskiej, na jakiego ta mowa czekała przez wieki. Przyjaźń z Puszkinem, dziwne projekty małżeństwa z Niemką Jaenichówną. Żyje z Rosjanami, o co go strofują filomaci, wywołując dość cierpką odprawę poety. Poeta chce żyć, chce czerpać swobodnie soki, gdzie je znajduje. Obok WallenrodaFarys; wybuch wściekłego indywidualizmu, lot w kraje, gdzie „prócz mnie nie było nikogo na ziemi”...

Wreszcie upragniony wyjazd zagranicę. Berlin i Hegel; Weimar i Goethe; Drezno, Szwajcaria, gdzie na szczytach Splügen na próżno chce rozstać się z dawną miłością, wreszcie Rzym i życie towarzyskie, cuda natury, nowa miłość, chociaż trochę letnia...

Naraz wybucha w lipcu rewolucja w Paryżu, którą Mickiewicz przewidział, i w listopadzie powstanie w Warszawie, którego Mickiewicz nie przewidział. Było ono i dla Warszawy niespodzianką, tym bardziej dla poety, który nigdy w Warszawie nie był, który był do niej uprzedzony (jak mu to wyrzucają wielbiący go Mochnacki i najżyczliwszy mu Lelewel) i który odległy był od wyczuwania podziemnych nastrojów kraju. Toteż można powiedzieć, iż powstanie listopadowe spadło mu jak dachówka na głowę. Czuje, że powinien coś począć, miesiącami wybiera się z Rzymu do Polski, gdzie wyczekują twórcy Wallenroda, poematu który tyle przyczynił się do rozpalenia serc i wyobraźni. Wreszcie jedzie do Polski na Genewę i — Paryż. „Jest to jeden z najbardziej zagadkowych okresów w życiu Mickiewicza”, pisze Kallenbach; ale szczególne jest, że ci sami badacze, którzy tyle pracy poświęcili lada mniemanym „wpływom” na każdy wierszyk Mickiewicza, nic nie uczynili, aby tę zagadkę rozjaśnić. Ten okres życia Mickiewicza jest jakby wstydliwie pomijany.

Po wielu miesiącach poeta dostaje się na wieś w Poznańskie, gdzie romansuje, bawi się i poluje, podczas gdy powstanie, skrwawiwszy się, dobiega końca. Poeta jak gdyby oprzytomniał ze swego bezwładu i oszołomienia zmysłów. Widzi wynędzniałych niedobitków, którzy przeszli granicę, resztki wojska polskiego. Musi połknąć niejeden przycinek, on, bard narodu, nawet brutalną replikę generała Małachowskiego33. Przechodzi piekło wewnętrzne, podobno bliski jest samobójstwa.

„Cały rok od wyjazdu z Włoch był tak okropny — pisze z Drezna do Julii Grochowskiej — że boję się myśleć o nim jak o chorobie albo złym uczynku, lubo34 pani nie zrozumiesz mocy tego ostatniego porównania. O przeszłości tedy wolę milczeć”...

Biedny poeta! Ledwie wyrwał się na swobodę, ledwie odetchnął szerokim tchem Europy, cudów natury, skarbów sztuki, już rzeczywistość przypomniała ma, że w Polsce nie wolno być tylko poetą, tylko artystą, geniuszem, człowiekiem; straszna dola narodu zadzwoniła mu łańcuchem. Jak Halban Konradowi, tak życie przypomniało mu jego misję. Mickiewicz rzucił się do stolika z papierem i tam znów odnalazł siebie. Ocalał, zatryumfował, ale życie jego osobiste jest złamane.