W Dreźnie, tuż po krwawych wypadkach, pisze III część Dziadów. I tu dopiero, po upadku powstania, następuje prawdziwa przemiana Gustawa w Konrada, i tej przemianie zostaje wierny do końca.
Trzecia część Dziadów jest najwspanialszym przykładem sugestywnej potęgi geniuszu. Co czyni Mickiewicz? Czuje potrzebę zakrzyczeć w sobie głos wyrzutu, przekrzyczeć niedawny huk dział, jęki konających, rozpaczne śpiewy wyrzynanego miasta. Pisze kilka tygodni w istnym szale: powstają nowe Dziady. I co jest ich treścią?
To, co czyni poeta, wydałoby się niemal zuchwałe. Oto w obliczu nieszczęścia całego narodu, wobec przegranej wojny, pogrzebanych nadziei, on wraca myślą do dziecinnego więzienia wileńskiego i tam, w tej szczupłej ramie, zdobywa się na wzlot, który stanie się nieśmiertelnym wyrazem patriotycznego bólu, który narzuci się całemu narodowi, zespoli poetę z ojczyzną w jedno i uczyni go tym, który cierpiał za miliony. Oto cudowna mistyfikacja geniuszu. Może za parę wieków zapomną ludzie o powstaniu listopadowym, nigdy o improwizacji Konrada. Na wieki wieków, póki będzie żyła polska mowa, centralnym punktem uczuć narodowych będzie to więzienie oo. bazylianów, gdzie kilkunastu młodych ludzi przesiedziało pół roku nie wiadomo za co. Warszawa powstała, Polska się skrwawiła, ale despotyzm poezji przeniósł serce narodu do Wilna, gdzie młode litewskie dryblasy piły mleko, harcowały po łące i odmawiały litanie do Tomasza Zana.
Czy to znaczy, że chcę obniżyć czyn Mickiewicza? Ani trochę; chcę tylko położyć palec na dramacie jego życia. Nie więzienie wileńskie, ale powstanie listopadowe jest krytycznym tego życia punktem. Stosunek jego do powstania zazwyczaj jest dyskretnie eskamotowany, przechodzi się nad nim mimochodem, gdy to jest najtragiczniejsza pasja ducha, z której poeta wychodzi zwycięzcą i złamany zarazem. Ważność tej sprawy zdaje się w życiu Mickiewicza olbrzymia. Można by ją porównać ze sprawą dzieci Russa, które ten odnowiciel macierzyństwa i moralności wytracił w domu podrzutków. Ten grzech przeciw samemu sobie zaciężył nad przyszłością poety; czyż dalsze jego życie, w którym wyrzekł się próżności i chwały talentu, a cały oddał się sprawie, nie przypomina habitu Robaka, pod którym Jacek okupuje swoje winy?
I tu — w osobie Robaka — byłby może łącznik tego zdumiewającego kontrastu. Pan Tadeusz, rozpoczęty już w listopadzie r. 1832, tuż po trzeciej części Dziadów.
„O temże dumać na paryskim bruku” — wykrzyknie poeta, ukończywszy ten przedziwny poemat wspomnienia i tęsknoty. Paryż! Oto miasto, w którym rozbitek osiądzie. Całą prawie resztę życia spędził w tym Paryżu, którego serdecznie nie lubił i który, można przypuszczać, niezupełnie rozumiał...
Pierwsze to było naprawdę zetknięcie się Mickiewicza z nowoczesnym społeczeństwem. Znał Litwę, znał Rosję, przebiegł Europę jak pielgrzym wędrowiec, gościnnie witany w przyjaznych domach. To była Europa widziana z lotu poety. Paryż po rewolucji lipcowej, to było gorączkowe organizowanie się nowego świata, tryumf mieszczaństwa, ukoronowanie pieniądza, bitwa na pięciofrankówki: to ów Paryż, którego Homerem był Balzac; Paryż twardy, gorączkowy, ambitny, pracowity, heroiczny — ale na swój sposób. Cóż to za kontrast z nastrojem emigrantów-tułaczy! Czytajmy Kuzynkę Bietkę, Fałszywą kochankę Balzaka: ujrzymy tych Mohikanów na bruku Paryża, z ich niezdolnością do realnego życia, z ich wspaniałym, daremnym bohaterstwem i wieczną obcością w zwartym francuskim organizmie. W ten świat pieniądza i drobnych zabiegów wchodzi poeta gardzący rachubą, każący mierzyć siły na zamiary; w ten świat nauki, przemysłu, organizacji wchodzi ten, który zawsze ze wzgardą patrzał na „mędrca szkiełko i oko”. Staje się pasterzem tego plemienia wychodźców, którzy, wedle zabawnego wyrażenia Sainte-Beuve’a, czamarą swoją odgradzali się od świata niby Izrael obrzezaniem. Nastrój tego Izraela na wygnaniu, tęskniącego do ziemi obiecanej, jest przeraźliwy. Nic bardziej osmucającego niż czytać paryską korespondencję Mickiewicza. To życie tak sztuczne musiało stworzyć jakieś fatamorgana w paryskiej pustyni. Towiański wydaje się niemal koniecznością.
Nie ma zapewne trudniejszej rzeczy niż „trzeźwy” sąd o mesjanizmie. Trzeźwy sąd o nietrzeźwości będzie zawsze bardzo mizerny. Mówi się o dobrodziejstwach mesjanizmu jako talizmanu, który w danej epoce ocalił duszę polską i jej zdolność do życia, jest w tym chyba sporo przesady i niewiary w żywotność narodu. Czesi, Bułgarzy, przetrwali cięższe może opresje, nie będąc mesjaszem narodów. Ale trudno się dziwić, że gdzie choroba zdaje się beznadziejna, a lekarze opuszczą chorego, zjawiają się znachorzy. Towiański był naszym znachorem.
Posłuchajcie wyjątku listu brata Adama do mistrza:
Mistrzu i Panie!