Pobyt mój tu utwierdza mnie w mniemaniu, że Szwajcaria jest za sprawą uczepiona, a kanton tutejszy będzie jednem z jej ogniw na ziemi... Druey przepracowany mocno... Człowiek ruchu i mocy. Potrzebujący wywnętrzać się w mowie i czynach, słucha rzadko, ale dobrze, i wszystko, z czem odezwałem się, brał aż do głębi. Sam powiedział raz w rozmowie, że może w przeszłem życiu był wołem...
Albo ten straszliwy list z dn. 12 maja 1847 r.
Kiedy nam Bóg nie dał tej łaski, aby sam nasz duch, samo oblicze nasze wyzywało bliźnich do skupienia się, do podniesienia, do czci dla nas, chcieliśmy brak nasz fizyczny zastąpić fukaniem, krzykiem; a kogo nie mogliśmy wystraszyć, ogłaszaliśmy zaocznie za zbrodniarza i buntownika...
(...) Tę władzę chcieliśmy uprawnić, spajając ją z władzą duchowną. Dlatego powtarzaliśmy, że mówimy, że rozkazujemy z ducha, lubo ducha nie było w nas czuć. Braci takiemi rozkazami osłupiałych straszyliśmy co chwila karami bożemi, wywoływaliśmy te kary; cieszyliśmy się, kiedy brata ból lub nędza dotknęła, odpychaliśmy go, deptaliśmy. Stawaliśmy się podobni trzodzie wilków, która towarzysza rannego rozdziera i pożera”...
A to z innego listu:
Z wielu znaków mam przekonanie i widzenie, iż choroba Seweryna (bo on fizycznie bardzo cierpi) jest całkiem duchowa. Jakiś duch obcy, a może i kilku ich osiadło w dolnej części jego ciała i trapią go. Gdyby Bóg dozwolił ich górą przez gardło i usta wygnać, Seweryn w jednej chwili byłby zdrów.
Drogo opłaca się wzloty mistyczne. „L’homme n’est ni ange ni bête, et le malheur veut que qui veut faire l’ange fait la bête” — powiedział genialnie Pascal. A w każdym mistrzu tkwi coś z Rasputina. I jeżeli to jest Monsalvat Mickiewicza, wolę go w niższych regionach. Ciekaw byłbym „psychoanalizy” Towiańskiego. Ale i o psychoanalizę Mickiewicza z owej epoki nie byłbym zbyt spokojny... Poeta Or-Ot opowiada po Warszawie z tego okresu towianizmu przerażające rzeczy, które słyszał, jak mówi, od starszych i wiarogodnych ludzi...
Lepiej wyszedł na towianizmie Słowacki. Bo on przeczarowywał wszystko na poezję. Mickiewicz był pod tym względem organizacją bardzo dziwną. „Bania poezji” — jak pisze o tym — rozbijała się nad nim okresami: stan, który parę razy wyraźnie opisuje jako jakieś nawiedzenie. Coś chwytało go za włosy i wydobywało zeń cudy, z których sam potem nieraz nie umiał sobie zdać sprawy. Potem zostawał uparty Litwin palący fajkę, realista. Przykładem jego listy. Nie ma w nich nic owej poetyczności, której nawykliśmy szukać w listach poetów; są rzeczowe, proste. Dziwne wrażenie wywiera na przykład płaskość, z jaką mówi o swoich projektach małżeńskich w Rosji. A improwizacje, owe wspaniałe improwizacje, które mu tyle przyczyniły sławy? Opisy utrwaliły jedynie wrażenie tych improwizacji: wrażenie, które — jak po głośnej improwizacji paryskiej — dochodziło do ataków płaczu, szlochów. A teraz posłuchajcie:
Wśród szczęśliwości
Nie masz zazdrości