I gdzie indziej: „On był dla ludzi mego pokolenia i miodem, i mlekiem, i żółcią, i krwią duchową”...
Wróćmy do socjalisty. Jest oczywiście coś z gry słów, kiedy się dziś mówi o socjalizmie Mickiewicza. Słowo to znaczyło wówczas co innego niż dziś; no i ten socjalizm Mickiewicza, spod którego wyłaził w najmniej potrzebnej chwili ów tak rażący Herzena napoleonizm, był dość specjalny. Rzecz prosta, że Mickiewicz trzymał się najbliżej tych, którzy dążyli do przewrotu, bo jedynie przewrót mógł wskrzesić sprawę Polski, o jej zaś przyszły ustrój ten realista mniej się troszczył, nie tak jak kłótliwa emigracja, która szarpała się i kąsała o to, czy przyszła Polska będzie królestwem czy republiką. Ale mniejsza; chodzi mi tu o wskazanie jednego paradoksu: najprawowierniejszy socjalista przygarnia Mickiewicza jak swego, a tuż potem spotka Mickiewicza gwałtowny atak, że nie rozumiał świata pracy, że jest wstecznikiem, apostołem szlachetczyzny etc. I takie ataki nie są do lekceważenia: znaczą one rozbrat części naszej młodzieży z naszym największym poetą.
Uczyniono z Pana Tadeusza biblię polskości w ciasny sposób, kazano do niego pielgrzymować na kolanach, kazano w tej wiosce litewskiej widzieć wcielenie ojczyzny. Czasy się zmieniły, nastały związki fornali, Kowno odpadło od Polski, przyszła reforma rolna, skrupiło się to wszystko na Panu Tadeuszu. Punktem wyjścia stał się namiętny artykuł J. N. Millera, który ściągnął na autora gromy oburzeń, mniej lub więcej profesorskich. Potraktowano go jak zbuntowanego sztubaka, jak bluźniercę, nadano rzeczy taki rozgłos, że zbrodniarz zaciekł się w swojej tezie i zamiast się kajać, zaczął ją rozszerzać z lepszym czy gorszym skutkiem na stosunek do poezji romantycznej w ogóle. Przyszedł mu ten i ów w sukurs, wydobyto niekorzystne sądy współczesne o Panu Tadeuszu zgryźliwy sąd Norwida, głos Słowackiego o „wieprzowatości” tego poematu...
Wyznaję, że nie byłem zbytnio zgorszony tymi bluźnierstwami. Sama ilość i zapał replik, jakie wywołały, dowodzą zbawienności takich rewizji. Biada literaturze, gdy przestaje budzić namiętności. Ci, co „bluźnią”, to są lepsi czytelnicy niż ci, co pielgrzymują do krypty. Źle by było z poezją polską i z Mickiewiczem, gdyby takich ataków nie przetrzymał. Zniósł on już dużo. Krasiński to nim mówił „ten Żydek”, to znów „my z niego wszyscy jesteśmy”; bohater Lalki Prusa ciskał jego książkami, tak samo jak Gustaw w Dziadach ciskał precz „książki zbójeckie”. Wyspiański strącał go do grobu. Mickiewicz to przetrzymał, przetrzyma i więcej. Była to — powtarzam — naturalna konsekwencja. Inna rzecz, że sądzić Pana Tadeusza z punktu „świata pracy” to po trosze to, co sądzić pojedynek Hektora z Achillesem z punktu kodeksu Boziewicza, a wojnę trojańską z punktu Ligi Narodów.
„Wieprzowatość”! Ach, o ileż bliższy jest Słowacki prawdy, kiedy mówi o Panu Tadeuszu w Beniowskim:
Jednak się przed tym poematem wali
Jakaś ogromna ciemności stolica;
Coś pada... myśmy słyszeli — słuchali:
To czas się cofnął i odwrócił lica.
By spojrzeć jeszcze raz na piękność w dali,