Która takiemi tęczami zachwyca,
Takim różanym zachodzi obłokiem...
Żadne słowa lepiej nie potrafią wyrazić „proustyzmu” tego cudnego poematu, tej wizji rozżarzonej do oślepiającej białości. Pan Tadeusz jest jednym z najbardziej tajemniczych misteriów sztuki: sięga w istocie tych kręgów zachwycenia, w których „czas się cofa i odwraca lica”...
Atak na Mickiewicza był bardzo zbawienny. Wykazał potrzebę nowego ustosunkowania się do poety. To przegrupowanie uczuć, entuzjazmów, przy zmienionych warunkach życia narodowego, jest rzeczą równie zrozumiałą jak konieczną. Staję wobec tego zagadnienia raz po raz, tam gdzie najbardziej wchodzi w grę bezpośredniość wrażeń: — w teatrze. Żadna siła nie sprawi, aby dzisiejszy widz odczuł tak samo „Widzenie księdza Piotra”, jak je odczuwał, dajmy na to, ów „królewiak”, który z bijącym sercem w Krakowie oglądał przed wojną Dziady. Jak ginie ten stosunek uczuciowy, dowodem niedawne przedstawienie Dziadów w Teatrze Narodowym, na którym napis Obiit Gustavus wyświetlano na filarze więziennym niby reklamę wódek Mikolascha...
Ale, powtarzam, Mickiewicz tego „przegrupowania” się nie lęka. Miałem tego przykład niedawno na sobie. Mariusz Maszyński mówił fragment z Pana Tadeusza: ową nocną rozmowę Tadeusza z Telimeną. Słuchałem tak, jak gdybym pierwszy raz słyszał. Cóż za wspaniały komediopisarz tkwił w tym Litwinie! Jaka znajomość wszystkich krętych dróżek serca! Co za chwyt męskiej i żeńskiej psychologii! Każde słowo nieomylne, każde — arcydziełem dowcipu. A ta lekkość! To Flers puszcz litewskich! I widziałem, że wszyscy słuchacze byli pod czarem, wszyscy poznawali jakby na nowo ten ustęp, świetnie mówiony przez Maszyńskiego. I ogarnęły mnie idiotyczne zresztą żale: „Co za cudownego komediopisarza pogrzebaliśmy w tym towiańczyku i w tej Sprawie! O, mistrzu Andrzeju! Ciężki zdasz rachunek przed Apollinem! Co by to było, gdyby”... Słowem, owo typowe idiotyczne „gdybanie”.
Nigdy tedy nie wiadomo, skąd przyjdzie chwila świeżego zachwytu. I doprawdy, wierzcie mi, taka szczera chwila więcej jest warta, niż wszystkie litanie uwielbień in verba magistri.
A teraz powiem po cichu, dlaczego mnie nie przeraziły te bluźnierstwa. Oto dlatego, że sam jestem po trosze emerytowanym bluźniercą. Kiedy byłem w szkole, budzili we mnie szczerą antypatię owi filareci, filomaci i promieniści, którzy wypisali sobie jako godło „naukę i cnotę”. To są rzeczy, które starsi zalecają młodym, a przeciw którym młodzi się buntują lub sobie z nich kpią; ale żeby młody sam sobie stawiał za ideał naukę i cnotę, to mi się wydawało potworne. Nie ręczę, czy się bardzo myliłem, i czy Mickiewicz byłby daleko zaszedł przy tych godłach, gdyby życie nie wypisało mu rychło na czole innych: namiętność i cierpienie. Kiedy miałem lat kilkanaście, a więc bardzo dawno temu, przeprowadzałem sobie nader radykalną obyczajową rewizję „połanieckości” Pana Tadeusza; — to soplicowskie „centrum polszczyzny” budziło we mnie przeróżne wątpliwości. Ale Bóg mnie jakoś uchronił od herezji Jana Nepomucena; może te strofy z uwielbianego Beniowskiego ocaliły mnie od niej? Bardzo piękne rzeczy o Mickiewiczu mówił nam Stanisław Przybyszewski; gdybym wypił z dziesięć wódek, to bym je sobie może przypomniał. Pamiętam, przyjechał wówczas do Krakowa Brzozowski, starzec blisko osiemdziesięcioletni, który znał jeszcze Mickiewicza; Przybyszewski dotykał go niby świętości. Brzozowski opowiadał nam taką historię. Szedł z Mickiewiczem przez ulicę w Konstantynopolu. Było to na kilka dni przed śmiercią poety. Naraz obcy zupełnie, przechodzący Turek chwyta Brzozowskiego za rękę w niezmiernym wzruszeniu i pyta: „Panie, kto jest ten człowiek, ten człowiek jest namaszczony przez proroka”.
Ale wtedy nie byłem jeszcze literatem. Potem sam nie wiem jak, wszedłem w literaturę francuską. I pamiętam raz, przed pisaniem jakiegoś studium, pogrążyłem się w rozpamiętywaniu olbrzymiej pracy ducha, języka, jakiej dokonała Francja przez kilka wieków. Przechodziłem szereg myślicieli, poetów — czy ja wiem, ilu ich tam było, większych i mniejszych. I przeciwstawiałem z melancholią temu olimpowi ubóstwo naszej ówczesnej gleby: okrutną ciemnotę wieku siedemnastego i więcej niż połowy osiemnastego; potem te szacowne, ale jakże mało samodzielne próby naszej epoki stanisławowskiej i znów oschłość pseudoklasycyzmu... I tak myślą doszedłem do Mickiewicza. I ogarnęło mnie zdumienie takie, że ledwo mogłem ochłonąć. Miałem uczucie, że ja się nigdy nie zastanowiłem nad tym, że nigdy nie objąłem myślą ogromu tego zjawiska, jakim był Mickiewicz. Tak przywykło się od dziecka do tego imienia! Jak to! Jeden człowiek uczynił ten olbrzymi skok, ten tytaniczny wysiłek, aby wydźwignąć się z naszego bajorka, aby przebyć tę przepaść, jaka nas dzieliła od Europy, i stanąć jednym susem w rzędzie największych twórców świata! Jeden człowiek zastąpił w sferze naszego języka cierpliwą pracę wieków, świadomy wysiłek pokoleń i uczynił zeń narzędzie najsprawniejsze, jakie kiedykolwiek istniało, najdoskonalsze skrzypce, najwspanialszy organ, najbogatszą orkiestrę i paletę malarską. Gdzie on się nauczył tych sekretów? Co za diabeł, ten chyba, który wszystkimi językami mówi z brzucha opętanego Konrada, odsłonił mu te najwyższe czary, do jakich sięgać może mowa polska czy ludzka? Dajcie wy się wypchać, moi drodzy, obywatelstwem Tadeusza i niewinnością Zosi, ale są w tym Panu Tadeuszu cuda języka, symfonie dźwięków takie, że, gdziekolwiek je posłyszeć, bodaj na głupim popisie Szkoły dramatycznej, coś ściska w gardle. Trzeba być fizycznie wrażliwym na poezję, aby to odczuć, a to jest może jedyny prawdziwy do niej stosunek. Inaczej będzie to zawsze to, co gadanie o mazurkach Chopina z punktu widzenia obywatelsko-społecznego.
I nie tu koniec cudu. Wyobraźmy sobie warunki, w jakich Mickiewicz tego dokonał. W jakże maleńkim środowisku, bez atmosfery literackiej i duchowej, bez potężnego zmagania się idei, bez podniet, których tak potrzebują twórcy, aby się rozwinąć. Weźmy np. Russa: i on przebijał się sam przez lekturę i dumania; ale też był do trzydziestu z górą lat bencwałem, trzeba dopiero Paryża, aby koło czterdziestki puścił sok z siebie. A tu rozkwit tej poczwarki w najcudniejszego motyla poezji odbywa się w — Kownie! Nie ubliżając tej stolicy, jest to może największy dziw, jaki zna literatura.
Ale w życiu Mickiewicza wszystko jest dziwem. Weźmy przed nim stosunek literatury polskiej do kobiety. Kobieta nie istnieje; poza paroma trefnościami starych Polaków i paroma sonetami Szarzyńskiego, cóż mamy? Kto się w Polsce kochał kiedy? Chyba biskup Krasicki, ale gdzieś pokątnie, w każdym razie tym się nie chwalił. Mimo renesansowego humanizmu, mimo swobód obyczajowych dworu stanisławowskiego w literaturze polskiej nie ma kobiety, to znaczy tego, co wypełnia trzy czwarte innych literatur, z czego zawsze rodzili się poeci. I znów jakimż potężnym susem ten chłopak nadrobił wiekowe zaniedbanie? Nie tylko w znaczeniu narodowym mógł powiedzieć, że „kochał za miliony”. I co z tego za konsekwencje!