Wstawa już przeszło tydzień temu zwinięta; materialnie poszła średnio: suma sumarum, łącznie z obrazami zakupionymi przez Gide’a, otrzymałem 1400 fr. (2 Gide’owi, 1 niejakiemu Kellerowi, 1 obcemu gadowi i 2 szkice). Po zapłaceniu procentów marchandowi i kosztów katalogów, urządzenia i sprowadzenia (400 fr.), wyrwałem na razie (za pierwszym pobytem) Francuzom okrągły tysiąc. Jedni mówili, że za duże ceny naznaczyłem, będąc nieznanym (zatrzymałem dawne), drudzy iż na pierwszy raz sukces dostateczny, inni całymi latami czekają itp. Gide, łącznie z grupą znajomych malarzy, przyrzekł lansować mię na Salon d’Automne, na który przyrzekłem przysłać ze dwa wielkie płótna. Trzeba będzie teraz starać się utrzymać na poziomie człowieka walczącego o coś więcej niż się ma w naturze. W prasie francuskiej nie piszą krytyk z wystaw prywatnych. Przedruk préface Gide’a zamieściła „Art Moderne”.

Już tych kilka listów pozwala przypuszczać, że wśród nieziszczonych możliwości przedwcześnie zgasłego artysty, był może i ciekawy talent literacki? Byłbym szczęśliwy, gdyby to moje wspomnienie pobudziło do skupienia wszystkiego, co może utrwalić fizjognomię Witolda Wojtkiewicza.

Artur i Władek

Artur i Władek (na marginesie Arthura i Wandy)

Znowu miałem atak czytania. Pochłonąłem jednym tchem ostatnie dwa tomy Prousta, Le temps retrouvé, stanowiące zamknięcie owej przedziwnej epopei cieniów, i przeszedłem do Arthura i Wandy: dzieje miłości Arthura Grottgera i Wandy Manné; listy-pamiętniki; podali do druku Maryla Wolska i Michał Pawlikowski. Przejmująca książka. Utonąłem w tej lekturze na całe dwa dni. I o dziwo, przeniósłszy się w ten tak inny na pozór świat, miałem, siłą jakiegoś urzeczenia, uczucie, że ja w dalszym ciągu czytam to samo. Zmieniły się osoby, zmieniła się rama, ale pozostało to, co jest istotą Prousta, a co powionęło ku mnie z każdej karty tych starych listów: — magia czasu; tego czasu, który, zależnie jak na niego spojrzeć, zdaje się czymś najmniej realnym, to znów jedyną realnością świata; czasu, który przepaja wszystko jak eter, który jest grą świateł i cieni owego obrazu rzuconego na ekran naszej świadomości, a który nazywamy rzeczywistością. I w końcu przestałem rozróżniać: Swann czy Elstir spokrewnili mi się z Grottgerem, muzyk Vinteuil z moim ojcem, wszystko stopiło się w jedno, w mgliste królestwo czasu...

Bo moje wrażenia przy czytaniu tej książki musiały być inne niż wrażenia zwykłych czytelników. Raz po raz spotykałem w niej nazwiska ludzi, których znałem lub o których słyszałem w rozmowach rodziców; znałem tę młodzież jako ludzi starych — starych dla dziecka, którym byłem. I dziś ta przeszłość, widziana przeze mnie przez pryzmat innej przeszłości, wydobyta pierwszy raz na jaw, staje przed mymi oczyma, przed oczyma człowieka, który rychło sam stanie się przeszłością... Oto gra czasu, oto wszystkie jego warstwy, interferencja fal życia. I jakby symbol: znałem i widywałem często siostrę Artura Grottgera, słynną z urody panią Marię Sawiczewską, jeszcze piękną w latach pięćdziesięciu, gdy byłem wyrostkiem; flirtował z nią mój siedemnastoletni wówczas starszy brat, którego „śmiałość do kobiet” była przedmiotem mego podziwu i zazdrości. Dogadali się w tłoku na pogrzebie Mickiewicza. Tak oto chwila rzuca tęczowe mosty między pokoleniami, spina pajęczynową klamrą przeszłość z przyszłością... Cienie, wszystko cienie...

Od dziecka wychowałem się w kulcie Grottgera. Ojciec mój był jego najbliższym przyjacielem z owego paryskiego roku, w ciągu którego rozegrał się dramat życia artysty. Z ciekawością dziecinną oglądałem twarz ojca utrwaloną na kartonach Wojny; ozdobą ojcowskiego gabinetu były dwa rysunki Grottgera — dwa jego arcydzieła, portret mego ojca i skrzypaczka uliczna — które w tej chwili patrzą ku mnie ze ściany. Ale pozytywnie wiedziałem o Grottgerze niewiele. Ojciec, żyjący teraźniejszością i przyszłością, niewiele oglądał się w dawniejsze lata, mówił o nich dość rzadko. Czasem jakaś anegdota, z której bił rozmach tego cudownego artysty, jakim był Grottger. Ale dziecka też wiele nie obchodzi „historia”; potem pochłania walka o własne życie; a potem, kiedy się chętniej patrzy w przeszłość, nie ma już tych, którzy by o niej mogli żywym słowem opowiedzieć...

Toteż te listy Arthura były dla mnie rewelacją. Ukazały mi nowego Grottgera, o ileż szlachetniejszego niż ów tradycyjny szaławiła, o którym się słyszało; odsłoniły mi zarazem głęboki charakter przyjaźni, jaka łączyła Grottgera z moim ojcem. Była ona wzajemna. „Poszedłem do Grand Café, aby się widzieć z poczciwym Żelem, który mówi, że tęskni za mną jak za kochanką”, pisze Grottger do narzeczonej z Paryża. A kilka miesięcy wcześniej, przed wyjazdem, w r. 1866:

Dzieciusiu mój najdroższy, poczciwy Władek Żeleński był dziś w Porębie i cały wieczór grał i śpiewał nam pieśni i większe utwory swoje. Podziwialiśmy to genialne chłopczysko, pełne fantazji, życia i ognia, a przy tym tak głębokiego poczucia wszystkiego, co najszlachetniejszą cząstką stworzenia naszego, co serce nasze bliżej obchodzi i porusza... Ach, Wandusiu, przyznam Ci się, że mnie jeszcze żaden z muzyków tak nie poruszył aż do głębi duszy, a zarazem porwał i uniósł gdzieś pod niebiosy... Szczęśliwy jestem, że to krew polska — że tak z rodu jak z utworów swojak, jest on wszędzie Polak, pełen siły, miłości i najwyższego uniesienia artystycznego. A jakiż on oryginalny, swój własny, świeży w każdej najdrobniejszej myśli! Mogłabyś go słuchać całymi dniami, a nigdy ani przesytu, ani znużenia nie uczujesz...

Oto z tych kart wyziera ku mnie mój ojciec, na wiele lat zanim byłem na świecie. Czemuż nie mogłem znać go takim? Ale przesąd powagi rodzicielskiej stał między nami: ten uroczy artysta czuł się w obowiązku być srogim ojcem rodziny.