Taka była Marysieńka w czasie bitwy pod Mątwami, taką samą została w czasie wyprawy wiedeńskiej. Ta jednolitość, to była jej siła.

Pod Mątwami skończyła się owa wojna, na którą — jak pisze Pasek — „król się wybrał z królową jejmością, z fraucymerem i z całym dworem z Warszawy”. Skończyła się po tym okropnym epizodzie niemniej dziwnie: osobliwym chyba w dziejach wypadkiem, zwycięzca, jakby przerażony odniesionym zwycięstwem, kapitulował. Ale przegrana była obustronna: jeżeli Lubomirski złożył broń i udał się na wygnanie, król zobowiązał się poniechać wszelkich planów elekcji vivente rege. Wszystkie zamieszki, które zmąciły Polskę przez ostatnie lata i które tak ciężko miały się odbić na jej przyszłości, były daremne.

W namiocie swoim przyjął Jan Kazimierz kajającego się Lubomirskiego. Obok króla stał Sobieski, trzymając laskę marszałkowską. Król dał rokoszaninowi rękę do ucałowania i spytał go, gdzie mieszkać zamierza. Po czym Lubomirski obszedł swoich dawnych kolegów senatorów i uściskał ich, w końcu stanąwszy przed Sobieskim, wziął milcząc jego rękę i położył ją sobie na głowie.

Tak zakończyła się wieloletnia walka o elekcję vivente rege. Być może, gdyby ją wygrano, byłoby to dla Polski z korzyścią. Trudno zrozumieć zaciekłość niektórych historyków — np. Korzona — przeciw Kondeuszowi na tronie polskim i przeciw ówczesnej możliwości związania się z Francją. Obróciła się później sprawa polska tak źle, że nie ma powodu odrzucać myśli, że mogła się obrócić lepiej. Silny król z dynastią, sojusz z Francją, z którą Polska nie miała sprzeczności, a miała wiele interesów wspólnych, związanie się z rosnącą potęgą młodego Ludwika XIV, to wszystko mogło otworzyć Polsce nowe olbrzymie horyzonty. Ale, jak już wspomnieliśmy, cała rzecz w tym, że plan Marii Ludwiki — zły czy dobry — był w danych okolicznościach niewykonalny. Trzeba było „wolnej” Polsce iść drogą swego przeznaczenia — aż do końca.

Niebawem aktorzy tego dramatu dziejowego zeszli ze sceny. W styczniu 1667 r. umarł w opuszczeniu na Śląsku Jerzy Lubomirski; dn. 10 maja t. r. umiera królowa. Wyrok lekarzy przyjęła ze spokojem: Ergo moriendum134! — wyrzekła te słowa, które miał rzec kochanek jej młodych lat Cinq-Mars, wstępując na szafot. Nie miała dobrej prasy. „Karolicha narobiła w Polsce licha”; ten lichy dwuwiersz krążył między szlachtą. „Przez którą jako siła złego się stało, wypisać trudno, która jako niedźwiedzia za nos króla wodziła, pieniądze stare dobre wyprowadziła, i życia swego niezbożnego dokonawszy plugawie umarła” — notuje w swoim raptularzu szlachciura. „Królowa umarła, polska wolność ożyła” — pisze współczesny kronikarz, nieświadom mimowiednego efektu ironii, jaką potomność znajdzie w tym sądzie. A mówca pogrzebowy, ksiądz Wydżga, lubujący się w kwiecistym cytacie, wykrzyknął nad jej trumną: Et dissipatae sunt omnes cogitationes eius135. W istocie sunt dissipatae, mimo że kandydatura francuska — z tym samym Kondeuszem — miała jeszcze wypłynąć. Aż kiedy druga Francuzka zasiądzie z kolei na naszym tronie, sprawa Francji w Polsce przepadnie ostatecznie.

XI. Nareszcie on!

Pamiętamy, jak przed kilku laty, w liście pisanym do zbyt troskliwej kuzynki, Sobieski daje odprawę plotkom posądzającym go o zamiar porzucenia Polski. Odpowiedź była męska i godna; niemniej myśl o ekspatriacji nie tylko nie opuszcza naszego bohatera, ale przeciwnie, stanowi — aż do jego wstąpienia na tron — nieustanny współczynnik jego działań. Historycy dość chętnie zamykali na to oczy lub otwierali tylko jedno. Korzon, autor najobszerniejszej monografii, powiada, podsumowując pierwszy okres jego życia, że „jeśliby Sobieski zmarł jednocześnie z przeciwnikiem swoim Lubomirskim, otrzymałby na sądzie pośmiertnym nie lepszą pewnie, a może gorszą atestację136 służby publicznej niż Lubomirski”. A jako główny motyw tego sądu podaje historyk, że Sobieski „zezwolił na występek, jakiego Lubomirski nigdy się nie dopuścił — wyniesienia się z kraju rodzinnego na obczyznę”. Za surowo albo za łagodnie. Gdyż, bądź co bądź, nasuwa się refleksja, że jednak byłoby korzystniej dla Polski, gdyby się był urażony Lubomirski po prostu wyniósł... A z drugiej strony, Sobieski i później, w najbardziej heroicznej epoce swego życia, wciąż równolegle pertraktował o warunki popełnienia tego występku.

Podłożem tych projektów Sobieskiego były, jak i poprzednio, sugestie Marysieńki. Ale zmienia się charakter planów. O ile za pierwszym razem ekspatriacja pana chorążego trąciłaby raczej prywatną awanturką, o tyle teraz, przy wysokich szarżach Sobieskiego, zamiary jego mają charakter oficjalny, a nawet chwilami znaczenie niemal patriotycznej ofiary.

Widzieliśmy, z jakim trudem udało się go skłonić, aby przyjął godności — marszałkostwo wielkie i buławę polną — po Lubomirskim. Zaledwie przyjął, już mu je chciano odebrać. Wiemy z jego własnych uwierzeń, jak go drażni ta niejasna sytuacja, te godności objęte po kimś, kto żyje, kto go przerasta czynami i dawną zasługą. I kiedy królowa, nieporzucająca do końca swoich konszachtów i negocjacji, raz po raz — nawet po kapitulacji rokoszanina — myśli o tym, aby skłonić Sobieskiego do złożenia szarż na rzecz nieodzownego dla jej widoków Lubomirskiego, Sobieski godzi się; gotów jest nawet pracować nad elekcją, gdyby Lubomirski zechciał ją za tę cenę popierać; ale inna rzecz, że po tym despekcie nie zostałby w kraju! Złoży urzędy, o ile w zamian otrzyma odpowiednie tytuły i uposażenie we Francji, dokąd się wyniesie. Jakoż w połowie lipca r. 1666, nadchodzi z Paryża depesza ministra de Lionne, z zawiadomieniem, że Ludwik XIV, w uznaniu ofiarności Sobieskiego, nadałby mu — zaraz po elekcji Kondeusza — godność marszałka Francji. To daje miarę drogi, jaką Sobieski zrobił w ciągu tych paru lat od r. 1662, gdy Marysieńka chciała go przeflancować do Paryża w charakterze — właściciela realności. Zarazem widzimy, jak trudno jest formułować sąd moralny o tym zamiarze w sytuacji, gdy żołnierz i hetman godzi się porzucić na zawsze kraj — pro publico bono137...

Ale Sobieski nie daje się wykwitować lada czym; Marysieńka czuwa. Pani Sobieska popiera zamiar przeniesienia się, ale dopilnowuje, że w sierpniu r. 1666, przed wyjazdem z Warszawy, Sobieski zostawia notę z wyszczególnieniem swoich żądań, którymi są: buława marszałka Francji, order św. Ducha, dobra wartości 400 000 funtów z przynależnym do nich tytułem książęcym. Bodaj to mieć przytomną żonę! Marysieńka czuje, że w tej chwili można się cenić; toteż jako porękawiczne żąda jeszcze bezpłatnej szarży porucznika gwardii królewskiej dla swego brata, kawalera d’Arquien, z uwolnieniem od taksy. Zamieszkaliby prawdopodobnie Sobiescy na południu Francji. Pan Jan wymawiał sobie możność przyjazdu do Polski, tak w interesach Francji, jak w swoich sprawach domowych.