Powstaje szereg sztuk odsłaniających bezlitośnie mechanizm romansu. Żałosny obraz! Romans to, prędzej czy później, kajdany cięższe od małżeńskich i trudniejsze do zerwania. Małżeństwo po wygaśnięciu miłości ma jakiś sens, jakąś użyteczność, ale czym jest romans po wygaśnięciu miłości? A wszak to była forma społeczna niemal uświęcona. I były te stosunki — i jak często! — w których miłość od dawna wygasła z obu stron, a które trzymały się lata całe przez jakiś fałszywy wstyd, punkt honoru, niemoc, któż wie co zresztą!
Wszystko bez mała było łgarstwem w tym stosunku opartym na podziale, poniżającym, wyzutym z godności. Miał on zemstę w samym sobie: musiał strywializować kobietę. Dysproporcja między frazesem a rzeczywistością, między egzaltacją słów a rutyną treści, musiała stać się nie do wytrzymania.
Ofensywa na kochanka postępuje dalej. W grotesce Dardamelle czyli Rogacz autor nie bierze go nawet w rachubę, nie daje mu żadnej fizjonomii: to jakiś wykładnik psycho-fizjologicznych potrzeb kobiety... W Śmierci kochanków Chiarellego obnażone jest zakłamanie dwojga ludzi, pustka form wielkiej namiętności, uzurpowanych dla lada tandetnej miłostki. Coraz częściej w „trójkącie małżeńskim” komiczną figurą jest kochanek. Co najmniej zmiana stylu staje się rzeczą konieczną. Śmierć kochanków godzi w śmieszność dawnego stylu, w którym przez brak talentu i oryginalności grzęzną kochankowie.
Niemało zawiniła tu literatura. A właściwie winy były wzajemne. Kochankowie obełgiwali literaturę, a literatura kochanków. Aż naraz uczyniono to wielkie odkrycie, że jeżeli małżeństwo ma niewiele wspólnego z Miłością, romans ma go jeszcze mniej! A koszta tego odkrycia zapłacił kochanek, bo kobieta zawsze się jakoś wykpi ze sprawy. Ona wyszła od biedy z wdziękiem, on wyszedł na błazna. O ile w dawnym teatrze mąż miał nieodmiennie głupią minę przy kochanku, o tyle w nowym coraz głupszą zaczyna mieć kochanek przy mężu. A i kobieta zaczyna się orientować, że ta miłość, jaką budzi, i rola, jaką odgrywa, nie jest tak bardzo zaszczytna...
W Grze wreszcie Pirandella mąż przygważdża romans włoskim sztyletem: staje się ironicznym obserwatorem, odzierając ten romans z tajemnicy, z poezji. Trywializując go, zadaje śmiertelny cios kochankowi, zanim go pośle na śmierć jako człowieka. Widzimy biednego Klitandra czy Damisa takim może, jakim był zawsze: pustym, głupim, lichym. Cały swój wdzięk czerpał w kontraście tyrana: z chwilą gdy nie ma tyrana, nie ma i kochanka.
Czuć to w tej świetnej Grze Pirandella, w stosunku Sylii do Leona. Czym jest dla niej ten mąż, czy go kocha, czy go nienawidzi — nie wiemy. Co do tamtego drugiego natomiast — nie mamy żadnej wątpliwości: jest dla niej niczym. To tylko... kochanek. To słowo tak chlubne, tak pełne poezji niegdyś, stało się wyrazem podrzędnej profesji, jakiegoś „dochodzącego” funkcjonariusza miłości, coś w rodzaju felczera, który przychodzi stawiać bańki.
Wszystko to to są nowe i godne uwagi symptomaty na drodze szczerego i godniejszego spojrzenia na życie. Faktem jest, że Kochanek ma w ostatnich czasach bardzo „złą prasę” i ten objaw, tak pocieszający dla moralności publicznej, godziło się zanotować.
Tak jest w literaturze, w teatrze. A w życiu? To znów co innego. Czy o nim piszą tak czy inaczej, źle czy dobrze, zapewne kochanek będzie nadal kwitnął w życiu, bo łatwiej go ośmieszać i obrzydzać, niż wymyślić na jego miejsce coś nowego. Ale jedno zbankrutowało niewątpliwie, to poezja dawnego klasycznego romansu. Może życie stało się lekkomyślniejsze, płochsze; „igraszki trafu i miłości” święcą w nim swoje tryumfy bardziej niż kiedykolwiek. Ludzie łatwiej biorą się, rzucają, przy czym zużywa się mniej wielkich słów. Miłostka kwitnie śmielej, zuchwałej. Ale niewątpliwie rzadszym niż dawniej stało się owo latami trwające publiczne oszukaństwo na zimno, znudzone samo sobą, to biuro miłości skrzepłej i gnuśnej, ten klasyczny Kochanek w dawnym stylu, który potrafił spiętrzyć wszystkie śmieszności samca, biurokraty i męża!
1924