Kobieta, która ma wielu kochanków, a która potrafi powiedzieć przekonywająco mężczyźnie: „To są moje kaprysy, ale ty jesteś moją miłością” i dowieść mu tego, mniej może zada mąk jego zazdrości niż inna, która nigdy go nie zdradziła, ale w której oczach on czyta obce jemu myśli i pragnienia. W sferze logiki (tzn. abstrahując od względów społecznych i miłości własnej) można przyjąć, że kobieta, która zaspokoi każdy swój kaprys, ale sercem, duszą, ciałem wreszcie, zostaje przy tym mężczyźnie, da mu uczucie pełniejszego posiadania niż kobieta, którą przy formalnej wierności oddala wciąż odeń niepokój rozbujanej a niezaspokojonej wyobraźni.

Oto kilka paradoksów (można by ich snuć więcej), kilka przesłanek łatwo mogących się pomieścić w obłędnym sylogizmie Crommelyncka, który wiedzie do sprostytuowania ukochanej kobiety.

Szaleństwo, zapewne; ale czyż nie było szaleństwem dawne zamykanie jej pod kluczem i strażą, aby sobie zapewnić jej miłość? Tamto był absurd zazdrości fizycznej; to absurd zazdrości duchowej; coś tak jak pewne średniowieczne sekty wiodły do czystości ducha przez ekscesy rozpusty. Utwór Crommelyncka, to próba stworzenia fizjologii czy patologii zazdrości serc współczesnych; albowiem zazdrość, od czasu jak klasyczne formuły utrwaliły jej objawy, odbyła znaczną ewolucję.

Zazdrość w dawnym pojęciu to zazdrość fizyczna i męski punkt honoru. O resztę się nie troszczy. Wierności broni groźbą, ryglem, ba, nawet osławioną „opaską czystości” zamykaną na kłódkę (co sprawiało, że kochankiem niejednej kasztelanki zostawał skromny ślusarz). Kara za złamanie wiary — śmierć; jak za kradzież; rzecz brano z punktu widzenia posiadania, bez najmniejszej troski o rzecz posiadaną i jej psychologię. Wówczas zazdrość była straszna, nie była komiczna. Z czasem, przy tym samym pojmowaniu rzeczy, słabnie energia i możność egzekutywy, zostaje bezsilny gest, który staje się tym samym komiczny. Na tym polega komizm Molierowskich zazdrośników.

A teraz wyobraźmy sobie dzisiejszą miłość w jej najszlachetniejszej, najpełniejszej formie: miłość, dla której posiadanie ciała bez posiadania duszy, serca, pragnień kobiety staje się nie szczęściem, lecz okrutnym bólem; za którą w ślad idąca zazdrość rozciąga się na te strefy. Weźmy duszę nowoczesnego człowieka wzbogaconą dwiema strunami nieznanymi naszym przodkom: zrozumienie i współczucie; nawyk patrzenia na rzeczy i od drugiej strony... Podczas gdy dawni ludzie byli obojętni na cudze cierpienie lub nawet paśli się nim z rozkoszą, dla człowieka nowoczesnego uczucie, że ktoś cierpi obok niego, może być nie do zniesienia. Dawny staruch, zaślubiwszy młodą dziewczynę, myślał tylko o tym, jak by ją zamknąć i ustrzec; dzisiejszy mężczyzna nieraz nie może znieść myśli, że kobieta żyjąca obok niego może łaknąć innej miłości, tak jak nie zniósłby widoku głodnego dziecka... Taki zazdrośnik podejrzliwy jest, ale w nadsłuchiwaniu drgnień serca kobiety; szpieguje, ale jej myśli. Cierpi więcej może, ale jakże inaczej!

Wszystko to przeobraziło uczucia zazdrości. Dusza ludzka nie mogłaby udźwignąć wszystkiego naraz; walka o bezwzględne posiadanie ciała i duszy kobiety zawiodłaby do szaleństwa, które oglądamy w Brunonie. Toteż w miarę jak wzajemne posiadanie serc zastępuje u mężczyzny dawne branie miłości w pojęciu jednostronnego posiadania ciała, zazdrość fizyczna, materialna, staje się po trosze przeżytkiem. Stępia się jej ostrze przez instynkt samozachowawczy nowej ludzkości. Przestaje zwłaszcza być owym pomylonym „punktem honoru”. Milcząco, jakby wstydliwie, ale bardzo wyraźnie, życie układa się na innych podstawach.

W ogóle kiedy spojrzeć na życie erotyczne społeczeństw bodaj w ostatnich kilkunastu latach, widzi się olbrzymie przemiany. Formułki, dogmaty niby wciąż te same; ale treść pod nimi jakże inna! Jesteśmy w fazie powszechnej ewolucji; w fazie stwarzania form życia nareszcie na modłę naszą, a nie na modlę naszych pradziadów. Radykalna odmiana w zapatrywaniach na dziewictwo, na „przeszłość” kobiety, na przymus macierzyństwa, na „wolną miłość”, w ogóle zupełna przebudowa stosunku dwojga istot. Nareszcie jakby ludzkość doszła do przekonania, że życie dość jest samo przez się trudne i skomplikowane i że nie ma potrzeby utrudniać go i komplikować z takim wysiłkiem jeszcze bardziej. Póki bić będą serca ludzkie, póty będą istniały ludzkie bóle, męki, pragnienia; ale z radością oglądamy świt dnia, w którym wszystkie te delikatne sprawy będzie regulował kodeks ludzki, a nie „honorowy”.

1923

Pijaństwo trzeźwością

(Towarzyszom i towarzyszkom wieczoru z dnia 12 lipca 1919 poświęcam.)