Rzucę na przykład kilka takich paradoksów.
Pierwszy najbanalniejszy:
Przenieśmy się na chwilę w świat apaszów i dziewcząt publicznych. Kochanek, który bez cienia zazdrości patrzy, jak jego ukochana obdziela swym ciałem wszystkich, może ją pchnąć nożem o niewinny kwiatek, który komuś ofiaruje. Co więcej zazdrość jego może się obudzić z powodu tego jednego, któremu ta dziewczyna się opiera, którego wzbrania się przypuścić do zwykłej płatnej kolejki, bo to znaczy, że tego mężczyznę wyróżnia, że dla niego objawia się w niej kobieca wstydliwość i kokieteria, że go kocha...
Inny paradoks:
Mężczyzna namiętnie i zazdrośnie kocha kobietę; w pewnej chwili uczuł, że w jej duszy włada obraz innego. Kobieta jest doń przywiązana, jest mu wierną i chce mu zostać wierną; ale w najtkliwszych chwilach on czuje, że jest nieobecna duszą, że (może na wpół świadomie) tęskni, pragnie... Pomiędzy nimi dwojgiem stoi idealny obraz drugiego.
Otóż zupełnie logiczne jest, iż z nadmiaru miłości i zazdrości mężczyzna ten pchnie kobietę w ramiona tego drugiego, aby wprowadzić tępy fakt w miejsce uskrzydlonego pragnienia, aby zdewaluować rywala, z ideału ściągnąć go do rzeczywistości z jej nieuniknionym spłaszczeniem, rozczarowaniem, zużyciem; aby zdewaluować wreszcie kobietę i miłość, której w nadmiarze jej wzruszeń, obaw i pragnień nerwy jego nie były w stanie udźwignąć.
Jeszcze inny:
Mężczyzna kocha kobietę, która go zdradza z innym. Cierpi, ale nie umie się jej wyrzec. Jednego dnia spostrzega, że ta kobieta zdradza i jego rywala jeszcze z kimś innym. Czy ta nowa zdrada będzie pomnożeniem bólu? Nie, raczej przeciwnie; będzie w nim ulgą. Logicznie biorąc, ulga ta rosłaby przy każdym nowym kochanku; cierpienie zazdrości znajdowałoby się w stosunku odwrotnym do liczby zdrad.
Przypomina mi się tu powiedzenie pewnego męża, cytowane gdzieś w Balzaku. Kiedy mu otwierano oczy, że żona go z kimś zdradza, wzruszył ramionami i rzekł: „To czysto fizyczne”...
Nowy paradoks: