— Jak to skąd? — odparłem — rasowa aktorka wszystko umie. Przecież może z dnia na dzień dostać rolę pielęgniarki, równie dobrze jak rolę światowej damy; przeczyta rolę i gra.
— No, tak — przerwał profesor — ale na scenie ona udaje tylko, że np. podaje właśnie te narzędzia, których trzeba, a u mnie musi podać naprawdę, i to z błyskawiczną szybkością, te, a nie inne.
— To znaczy po prostu, że ma poczucie stylu i rozumie, że w pańskiej trupie trzeba grać realistycznie; ale tak samo, ręczę, umiałaby panu podawać narzędzia w stylu ekspresjonistycznym.
— Być może, ale wtedy by pacjenta diabli wzięli — rozśmiał się profesor.
Oto, zdaje mi się, przyczyny, dla których i teatr nie umiera, tracąc raz po raz swoje najlepsze siły kobiece, i świetne aktorki nie usychają odcięte od teatru.
A jak cudownie wchodzą w swoje nowe role! Byłem niedawno w większym towarzystwie; przy kolacji, o kilka miejsc dalej, dolatuje mnie taki urywek zdania:
— Nie, jak mamę kocham! Co ten pan Stefan wygaduje! Powiada, że można kochać i zdradzić... To już, doprawdy...
Było to powiedziane tak melodyjnym głosem, tak niepokalaną dykcją, że mimo woli spojrzałem w tę stronę, aby zobaczyć, kto tak ładnie mówi. Była to jedna z naszych najświetniejszych „dezerterek”, która w czasie swojej kariery teatralnej zdradziła co najmniej jakich stu dwudziestu mężczyzn, oczywiście na scenie.
1923