(Nieco językoznawstwa)

Potrącone przeze mnie zagadnienie, czy powinno się mówić Hedda Gabler czy Gablerówna, Cléo de Merodes czy Kleo Merodzianka73, wywołało w kołach filologów żywe zainteresowanie. Powiedziano mi mianowicie przez telefon, że jestem błazen. A jednak nie: kwestia prawidłowej odmiany nazwisk żeńskich, zwłaszcza panieńskich, interesowała mnie szczerze od dawna, gdyż my, recenzenci, najwięcej z nią, wręcz codziennie mamy do czynienia. Swojego czasu przedstawiłem nawet swoje wątpliwości w tej mierze „Poradnikowi językowemu”, stojącemu na stanowisku bezwzględnego przymusu odmiany. Kanon (w zasadzie bardzo słuszny) brzmi: nazwisko panieńskie, nawet o obcym brzmieniu (polskie tym bardziej), należy bezwarunkowo odmieniać, a tworzy się je, dodając do nazwiska ojca końcówkę ówna lub anka, o ile ze względów estetycznych ówna nie jest wskazane (po spółgłosce g). Ale zaraz na wstępie trudność: co począć z panną, która nigdy nie miała ojca, a za to ma dzieci? Bo też ten problem, na pozór tylko lingwistyczny, wnika głęboko w przeobrażenia społeczne i obyczajowe, które przechodzimy i wobec których język polski staje nieraz zakłopotany.

Dawniej rzecz była jasna. Córka pana Frycza nazywała się panna Fryczówna, jak córka sędziego panna sędzianka: a w formie tej mieści się niewątpliwie pewne pojęcie bezosobowości, przynależności (coś jak chałupa maćkowa), dożywotniej małoletniości. Osobę nieistniejącą niejako samą przez się określało się jej pochodzeniem, jej przynależnością do osoby znanej, wiadomej wszystkim.

Dziś, wobec rosnącej samodzielności i równouprawnienia kobiet, ta małoletniość lingwistyczna, to wytykanie komuś do późnej starości jego panieństwa, bywa nieraz kłopotliwe, czasem wręcz, w niektórych zawodach, grożącym szkodą materialną. I życie nie da się tu nagiąć do życzeń panów filologów. Żadna siła nie zmusi świeżo upieczonej lekarki, choćby najlepszej Polki i prenumeratorki „Poradnika językowego”, aby kazała wyryć na swojej tabliczce: Wasserberżanka albo Angrabajtisówna, gdyż czuje instynktem, że to by jej zaszkodziło wobec klienteli. Żadna też nie podpisze recepty w tej formie. Słusznie czy nie, ale końcówki te budzą w nas mętny obraz raczej panny na wydaniu, zamieszkałej przy rodzicach, którą prowadzi się na spacer i odprowadza wieczór do domu, a nie powagi zdolnej rozstrzygać o życiu i śmierci pacjentów, oglądać ich w bieliźnie i bez oraz zadawać im drażliwe pytania.

Ale nigdzie bardziej nie występuje na jaw pewna paradoksalność, anachronizm tych końcówek niż w zawodzie artystycznym, gdzie, jak nigdzie w tym stopniu, jednostka istnieje sama przez się i jest protoplastą, nie spadkobiercą rodu. Weźmy dla przykładu jedną z najbardziej uroczych polskich artystek, istotę, którą chętnie bym ubóstwiał, gdybym miał do tego sposobność, p. Messal. Otóż mieniąc ją, prawidłowo, p. Messalówną, określamy osobę znaną całej Polsce jej przynależnością do osoby znanej niewątpliwie o wiele mniej. Końcówką tą wprowadzamy pośrednio na widownię postać w danym wypadku obojętną, podczas gdy, przeciwnie, ów starodawny p. Frycz był osobą jedynie tu istotną, zasadniczą, warunkującą bytowanie cywilne panny Fryczówny. Ale to dopiero początek naszych kłopotów! P. Messal wychodzi za mąż, ale zachowuje nadal swoje tak chlubnie znane nazwisko. Jak ją wówczas mamy nazywać? Panną Messalówną? — utrwalamy niedopuszczalną już fikcję dziewictwa. Panią Messalową? — stwarzamy mglistą fikcję kazirodztwa. Panią Messalówną? — Dziwoląg, nonsens. Panią Messal? Ba, „Poradnik” zabrania tego najsurowiej, pod grozą filologicznej klątwy. Szczęściem, geniusz językowy naszego ludu rozwiązał tryumfalnie ten kłopot, nazywając ją po prostu — Messalką. Ale geniusz ludu nie zawsze raczy się trudzić; pozostaje tedy wiele wypadków nierozwiązanych. A kwestia pp. artystek nie jest tu wcale tak błahą dla języka, gdyż 999 tysiącznych tego, co się co dzień pisze o kobietach, operując wciąż nazwiskami, przypada na aktorki. Jeżeli więc jest w tym skażenie, w takim razie recenzje teatralne są jego najniebezpieczniejszym rozsadnikiem i pierwszą rzeczą, którą nauka winna by ustalić, to kwestia odmiany nazwisk naszych aktorek.

Gdybyż tylko nazwiska! Ale ileż artystek nie posługuje się nazwiskiem, tylko pseudonimem. Filolog i na to znajdzie sposób: zaleca artystkom, aby dla usunięcia trudności, przybierały taki pseudonim, jaki rzekomo jest wygodniej odmieniać:

„Specjalne wypadki przybierania artystycznych pseudonimów mogą również ominąć tej (?) Scylli i Charybdy, jeżeli interesowane (?) osoby wybiorą sobie pseudonim polski, nie obcy — wszak o to prosić można, bo to od ich dobrej woli zależy” („Poradnik językowy”, 1920, z. 16, W sprawie tworzenia nazw córek, w odpowiedzi na moje uwagi).

Pomijam iż pozostaje to utopią, gdyż wyboru pseudonimów nawet tak autorytatywny organ nakazać nie może; ale jest tu inny znamienny rys świadczący, jak mało nauka nasza raczy się zniżać do rzeczywistości. Toż, o panie profesorze, uczony człowieku o gołębiej nieświadomości życia, toż one wszystkie, bez wyjątku, przybierają pseudonimy polskie, prapolskie nawet, i z tymi jest największy kłopot: Pomian, Nałęcz, Jastrzębiec, Gryficz, Szeliga, Żegota... Pytam kategorycznie: odmieniać czy nie odmieniać; pisać Nałęcz, Nałęczówna czy Nałęczowa, Żegota czy Żegocianka, Szeliga czy Szeligowa; Gryficz, Gryficzówna czy Gryficzowa? Znów wkraczamy w sferę samych fikcji — nie dziwota, jesteśmy w teatrze! Maćkowa chałupa, ale nie ma Maćka. A w końcu czy my, recenzenci, trzymający się, jak przystało nieprzedajnym sędziom, z dala od kulis, zawsze wiemy, co jest nazwiskiem, a co pseudonimem i jakie są stosunki rodzinne artystek?

To hipotetyczne sugerowanie przez końcówkę pseudonimu anka, owa skomplikowanych czynności fizjologicznych, które nigdy nie miały miejsca (aktu ojcostwa, małżeństwa), przypomina mi autentyczną anegdotę, opowiadaną przez jednego z wybornych znawców dawnego Wiednia. Była na dworze stara panna, jakaś księżniczka Schwarzenberżanka czy Lichtensteinówna, której przykro było, iż, nie posiadając żadnego urzędowego tytułu, miała na uroczystościach dworskich krok dopiero po wszystkich żonach ministrów, tajnych radców, często zgoła mieszczańskiego pochodzenia. Otóż dobry cesarz Franciszek Józef, pragnąc usunąć ten szkopuł, nadał jej, ogłaszając to w urzędowym dzienniku, „tytuł i charakter wdowy po tajnym radcy” (Titel und Charakter einer Geheimratswitwe).

Wracając do przedmiotu i kończąc zarazem, zastrzegam się: ja się nie buntuję przeciw wyrokom naszych „uczonych w piśmie” i nie mam nawet stanowczych poglądów w tej kwestii; oświetlam jedynie jej niektóre strony, które nie wydają mi się dość życiowo i praktycznie brane pod rozwagę. Chciałbym pisać dobrze po polsku, a czasem, nawet abonując „Poradnik językowy”, jestem w kłopocie. Język tkwi głęboko w życiu; toteż w tym skromnym na pozór zagadnieniu lingwistycznym odbija się — jak rzekłem — przeobrażenie, jakie przechodzi w obecnej dobie stan panieński, który odrzuciwszy niekiedy swą panieńską końcówkę faktycznie, wlecze ją za sobą nominalnie. Filologiczne panieństwo to nowy odcień, objaw nieznany naszym praojcom, a który zagląda w oczy Polsce wieku XX.