Niektóre z tych wątpliwości przedkładałem swego czasu nieśmiało redakcji „Poradnika”, ale pan profesor powiedział mi: „Siadaj”. Chciałem się wyrwać jeszcze raz i wystawiłem, szkolnym zwyczajem, dwa palce; ale pan profesor spojrzał groźnie i rzekł: „Cóż ty, Żeleński, znowu chcesz na loka? Dopiero wczoraj byłeś: siadaj”. Zawstydziłem się i — siadłem; ale teraz, z okazji wystawienia Heddy Gabler (czy Gablerówny?), przypomniała mi się ta kwestia, więc ją poruszam na forum, na którym czuję się śmielszy.
1921.
„Nicht spucken74...”
(Nieśmiały głos dobrego Polaka)
Swojego czasu, na jakimś zgromadzeniu politycznym w krakowskim „Sokole”, w r. 1918, kiedy zebrani odśpiewali tradycyjną Rotę, artysta rzeźbiarz pan Puszet wylazł na krzesło i w imię godności zaprotestował przeciw uświęcaniu jako tekstu narodowej pieśni zwrotu: „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Zakrzyczano go, omal nie pobito, kiedy zaś zamierzył sformułować swoją myśl w druku, żadne pismo nie chciało zamieścić jego enuncjacji. Może chwila nie była po temu. Uparty rzeźbiarz nie dał za wygraną: sprzedał rzeźbę i własnym kosztem wydał list otwarty, który wszelako utonął bez śladu w fali ogromnych wydarzeń owej jesieni r. 1918.
Co do mnie, solidaryzowałem się wówczas w duchu najzupełniej z owym artystą; pod względem ideowym wydawał mi się ten program, że nam Niemiec nie będzie pluł w twarz, stanowczo zbyt „minimalny”; jako wrażenie zaś, nigdy nie mogłem słuchać tego ustępu pieśni bez najwyższej przykrości i niesmaku. Przypomniało mi się to bardzo żywo obecnie, kiedy czytając książkę Koń na wzgórzu utalentowanego pisarza p. E. Małaczewskiego, natknąłem się na taki ustęp (str. 41):
„(...) I z gardzieli założonych szlochem szczęścia, wyrwała się — razem u wszystkich — pieśń zrodzona w godzinie najgłębszej niedoli Narodu. Jej znana melodia jest posępna jak psalm nieszporny. Lecz pieśń, oskrzydlona bezdennym zapałem młodych dusz, brzmiała fanfarami, jakich w sobie nie ma nawet płomienna Marsylianka. A słowa
Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz!
rozległy się pełnią takiego tryumfu, a zarazem groźby niezłomnej, że zdało się, iż po nich nastąpi coś wspaniałego, — że tu, w tym blokhauzie, stanie się jakiś widomy znak, cud, — tyle potęgi ducha zalewało śpiew i wyszarpnęło się zeń, jak z pochwy wylata nagi, jasny miecz”.
Zdumiewający ten ustęp w zestawieniu z owym nieszczęsnym cytowanym wierszem jest wymownym dowodem, do jakiego stopnia słowa, które stały się niejako rytualne, mogą zatracić swoje istotne i pierwotne znaczenie nawet dla wrażliwego literackiego ucha. Aby je sobie na nowo odświeżyć, wyobraźmy sobie — co bardzo jest prawdopodobne — iż tomik utalentowanego pisarza będzie przełożony na jaki obcy język. Co pomyśli np. Francuz o tej „fanfarze, której nie ma Marsylianka”, o tym „tryumfie, groźbie niezłomnej” — które, w rezultacie, zamykają się w tej jakże skromnej i upokarzającej negatywnej zapowiedzi, że nam ktoś „nie będzie pluł w twarz”!... W istocie, takich „fanfar” nie ma Marsylianka: Francuzowi nie przeszłyby one przez gardło!