To jedno. A drugie to, że wedle dzisiejszych pojęć karanie zbrodni jest tylko jedną i to najmniej chlubną funkcją porządku społecznego. Zapobieganie występkom, to piękniejsze i — w gruncie — praktyczniejsze działanie. Kiedy społeczeństwo znajdzie się wobec przestępcy, jakże często musi w duchu uznać, że nie spełniło wobec tego człowieka swoich obowiązków, nie troszczyło się o niego od dziecka, nie dało mu oświaty, nie dało mu pracy, nie umiało go wychować. A kiedy przestępca dostanie się do więzienia, cóż się czyni, aby opuściwszy je, nie musiał do niego wracać? Miałem niedawno sposobność czytać w rękopisie pamiętnik więźnia, który rozpoczął swoje życie więzienne młodym chłopcem i przez kilkanaście lat z małymi przerwami wciąż w więzieniu przebywał, mimo że za każdym razem miał szczere postanowienie odmiany. Ale co taki ma począć? Wychodzi zza kraty bez środków do życia; pracy i pomocy na poczekaniu nie znajdzie; jedyni ludzie, których zna i od których może spodziewać się czegoś, to jego kompani-złodzieje; wraca więc do ich towarzystwa i po krótkim czasie dostaje się z powrotem do więzienia. Jest dla społeczeństwa rzeczą jeżeli już nie ludzkości, to prostego wyrachowania, aby każdy, kto tego pragnie, miał możność powrotu na uczciwą drogę. Praca wychowawcza nad nieletnimi przestępcami, opieka nad zwolnionymi więźniami po odsiedzeniu kary, powinny być „rozbudowane” jak najszerzej.

Na razie zapewne to są marzenia. Ale do takich marzeń dziwnie nastraja monotonna melodia kodeksu karnego z jego powtarzającym się refrenem: 3 lata więzienia, 5 lat więzienia, 10 lat więzienia...

Post scriptum

Obraz, na który składają się rozdziały tej książki, nie byłby wierny, gdyby go nie dopełnić ostatnimi biuletynami. Zatem trzeba stwierdzić, że od czasu, jak kreśliłem moje rozważania, okupacja posunęła się na całej linii. Projekt ustawy małżeńskiej — to zdaje się już faktem — pogrzebany jest na czas nieograniczony. Równocześnie odbywa się cicha, ale skuteczna praca nad przerobieniem — w sensie na wskroś reakcyjnym — wszystkich niemiłych klerowi artykułów nowego kodeksu karnego. Słowem, wystarczyło jednego gestu naszych czarnych władców, aby przekreślić dziesięcioletnią pracę komisji kodyfikacyjnej.

Przechodzę myślą, co jeszcze zaszło? Ot, incydent drobny, ale znamienny. Jednemu z głównych katolickich poznańskich działaczy, którego nazwisko widniało pod każdym manifestem „obrażonej moralności”, prokurator zmuszony był wytoczyć sprawę karną o czyny nierządne z nieletnimi, tym razem bardzo autentyczne. Paradoks dość normalny, tak samo jak to, że klerykalna „Gazeta Warszawska” w suto płatnych anonsach zachwala środki na spędzenie płodu (patrz Dokumenty).

Co jeszcze? Ano, socjalistyczny „Naprzód” ustami red. Haeckera, odżegnał się od nietaktownego Boya i wyraził czołobitność wielkodusznym biskupom („Słówka do Boya”).

Co jeszcze? Historia dziewczyny z „bieli”, przytoczona swego czasu przeze mnie w Rozmyślaniach wielkopostnych, znalazła tymczasem swój epilog przed sądem. Przywiedziona do ostateczności, dziewczyna oblała księdza kwasem siarczanym i poszła do kryminału...

Co jeszcze? W Warszawie odbył się Zjazd pisarzy katolickich... Mimo wszystkich zabiegów sfer duchownych, które zjazd ten aranżowały i starały się mu nadać charakter arcybractwa literackiego, skończył się on humorystycznym fiaskiem. Oprócz paru eunuchów literackich, nie wzięto na ten lep nikogo.

Bo godne uwagi jest, że właśnie w ostatnim czasie nastąpiło dość wyraźne przegrupowanie naszych pisarzy. I pisarzy, i pism. Świeżo powstałe w Warszawie pod redakcją świetnego poety Wierzyńskiego czasopismo „Kultura” znakomicie przedłużyło front antyokupacyjny. Ale najosobliwsze rzeczy obserwujemy na terenie Poznania. Organ świętoszków, „Tęcza”, uległ jako tygodnik likwidacji; obmierzł i swoim dostawcom, i swoim odbiorcom. Powstał natomiast w jego miejsce „Dwutygodnik literacki”, który od początku rozpoczął wojnę z władcami — jak to nazywa — „Klechistanu”. Pierwszy numer wywołał istną burzę w czarnym światku, zwłaszcza że znaleźli się w „Dwutygodniku” wszyscy niemal... dawni współpracownicy „Tęczy”, z Zegadłowiczem na czele. Ale już trzeci numer pisma wychodzącego w Poznaniu trzeba było drukować — w Krakowie; tajna ręka zorganizowała bojkot pisma w drukarniach poznańskich...

Bądź co bądź, ta mobilizacja piór przeciw czarnej okupacji, to jest rzecz pocieszająca. Dać pierwszy odpór tej nawale, dopomóc do zorganizowania jakiejś samoobrony, to jest rola pisarzy; przede wszystkim ich. Bo powiedzmy sobie: każdy rząd w Polsce, chce czy nie chce, będzie się uginał pod naciskiem kleru, dopóki ciemnota lub bierność ogółu będzie czyniła ten kler realną czy fikcyjną potęgą. Dopóki w Polsce będzie można wykrzykiwać wzniośle „Bóg i religia”, tam gdzie w gruncie chodzi o władzę i o pieniądze — dopóty kasta wyodrębnionych z życia dzikusów będzie regulatorem najdonioślejszych spraw społeczeństwa, z jego największą szkodą.