GAUTIER: — Ano cóż, mój minister ma tego ćwieka, że wierzy w arcydzieła. Musiałem nagryzmolić recenzję z Fedry... Zresztą nie rzekłem ani jednego pochwalnego słówka o Racinie, o tym człowieku, który robił wiersze jak prosię.
GONCOURT: — W gruncie rzeczy, Racine84 i Corneille85 zawsze tylko aranżowali wierszem sztuki greckie, łacińskie, hiszpańskie. Sami z siebie nic nie wymyślili, nic nie stworzyli.
SCHERER, przerażony, patrząc wkoło przez binokle: — Panowie, wasza nietolerancja... wasza ekskluzywność... Ostatecznie, jakieś kryteria... Trzeba zwalczać formowanie sądów instynktem. Gust to jest nic. Jedynie zasada, przede wszystkim zasada....
KTOŚ: — Do czarta z zasadą; nic tylko smak, gust, węch, nos...
Zgiełk. Wśród zgiełku słychać śpiewny głos Gautiera, który, nie zważając na tok dyskusji, powtarza: — Ja jestem silny. Podnoszę jedną ręką itd.
Taine zmienia temat, intonując z jakiejś okazji pochwałę mieszczaństwa.
GAUTIER: — Mieszczaństwo! Burżuazja! W mieszczaństwie dzieją się potworne rzeczy. Znam sporo rodzin... Oczy sobie trzeba zasłaniać... Lesbos, to rzecz normalna; kazirodztwo nie wychodzi z domu, a sodomia...
TAINE: — Ależ i ja znam dobrze mieszczaństwo, jestem z rodziny mieszczańskiej. A przede wszystkim co pan rozumie pod mieszczaństwem czy burżuazją?
GAUTIER: — Ludzi, którzy mają piętnaście lub dwadzieścia tysięcy franków renty i nie robią nic.
TAINE: — No więc, zacytuję panu trzydzieści kobiet z tej sfery, które znam i które są cnotliwe.