KTOŚ: — Co pan wie o tym, panie Taine, w takich rzeczach sam Bóg nie ma pewności...
TAINE: — O, na przykład w Angers kobiety są pod takim dozorem, że nie ma ani jednej, o której by mówiono coś złego.
SAINT-VICTOR: — Ba, w Angers, ależ tam sami pederaści! Czytaj pan świeże procesy...
Poziom rozmowy obniża się wydatnie. Wielki czas, aby rozwiązać zebranie.
Kiedy wszyscy wstają aby się rozejść, Gautier podchodzi do Scherera, osobistości najbardziej niemej, i powiada: — No, panie Scherer, mam nadzieję, że za najbliższym razem pan się skompromituje, bo my się kompromitujemy tu wszyscy; nie uchodzi, aby pan się przyglądał nam na chłodno...
KTOŚ: — Nie wydziwiaj, Théo, i tak nasz obiad jest jednym z ostatnich schronień wolności słowa i myśli...
Drugi obiad
Wszczyna się rozmowa dokoła świeżej książki, poświęconej rewolucji francuskiej. Goncourt zżyma się:
— Och! ta „wielka” rewolucja... Kiedy się bada dokumenty epoki, mdłości zbierają: ale więcej tam jeszcze błazeństwa niż zbrodni. Ta kałuża mordów cuchnie głupotą. Darmo rewolucja straszy nas grozą, jest przede wszystkim głupia. Odbierzcie tym wielkim ludziom, Robespierre’owi, Maratowi86, nimb katów, jeden będzie nudnym bakałarzem, drugi poczwarnym obłąkańcem...
SAINTE-BEUVE: — Wiecie, ile Marat miał po śmierci ołtarzy i nagrobków? Czterdzieści tysięcy.