GAUTIER: — Dalibóg, nie. Doprawdy, rumienię się czasem za swoje rzemiosło. Za nędzną sumę, którą muszę zarobić, bo inaczej umarłbym z głodu, nie mówię ani pół ćwierci tego, co myślę, i jeszcze ryzykuję za każdym zdaniem, że mogę być taszczony przed sąd jak Flaubert, jak Baudelaire113...

— Pewien dziennikarz polityczny pisał, że proza Flauberta okrywa hańbą panowanie Napoleona III.

GONCOURT: — W gruncie rzeczy, Bastylia nie przestała istnieć dla pisarzy. To już nie jest więzienie z rozkazu ministra, ale sąd trybunału, który jest na rozkazy ministra wstecznika i głupca. Procedura inna, ale rezultat absolutnie ten sam.

— Człowiek się dławi w życiu literackim tym, czego nie może powiedzieć ani napisać.

— Ha, męstwo i chwała cywila, to myśleć za wcześnie.

TURGIENIEW: — Po wydaniu Zapisków myśliwego, odsiadywałem miesiąc w więzieniu. Pewnego dnia spoiłem szampanem naczelnika policji; trącał się ze mną i mówił podnosząc kieliszek: „Zdrowie Robespierre’a”.

— Widziałem świeżo Baudelaire’a w Cafe Riche. Jadł kolację obok nas, bez krawata, z gołą szyją, z ogoloną głową, istna tualeta przed gilotyną. A wszystko to w gruncie bardzo wyszukane... Małe ręce, wypielęgnowane jak u kobiety... I ta głowa maniaka, głos ostry jak stal, wymowa siląca się na kwiecistą precyzję Saint-Justa...

— Wszystko mu można darować za jego odkrycie Poego114.

GONCOURT: — Tak, Poe, to rewelacja czegoś, o czym nasza krytyka nie ma pojęcia. Nowa literatura; literatura dwudziestego wieku; cudowność naukowa, fabuła przez A plus B, twórczość mająca coś z monomanii i coś z matematyki. Wyobraźnia przez analizę. Rzeczy grają w tym większą rolę niż osoby. Miłość — już nieco uszczuplona w dziele Balzaka przez pieniądz — tutaj ustępuje miejsca innym źródłom zainteresowania; słowem, powieść przyszłości, poświęcona sprawom toczącym się raczej w mózgu ludzkości niż w jej sercu...

— Heine i Poe, to dwaj ludzie. My wszyscy przy nich jesteśmy komiwojażery115.