— Muzyka działa leczniczo? Czemuż w takim razie wśród muzyków jest tylu wariatów?

— Zamkniętych lub nie...

BERTHELOT: — Może stąd, że to są ludzie, którzy czują, a nie myślą.

KTOŚ: — Ja w muzyce najbardziej lubię kobiety gdy słuchają...

— Tak, muzyka dla kobiety, to msza miłości.

— To rzecz, która najbardziej wznosi kobietę ponad życie, najbardziej przejmuje ją wstrętem do tego, co rozsądne i realne. Może nie powinno się uczyć kobiet muzyki, to rodzi w niej zmysł tęsknoty do czegoś, co nie istnieje...

GONCOURT: — Dla nas obu muzyka mogłaby nie istnieć. Robimy wyjątek dla muzyki wojskowej.

GAUTIER: — Bardzo mnie cieszy to co mówicie. I ja jestem taki sam. Wolę ciszę od muzyki. Żyjąc od tylu lat ze śpiewaczką, doszedłem jedynie do tego, że rozróżniam dobrą muzykę od złej, ale obie są mi absolutnie obojętne. To jest swoją drogą ciekawe, że wszyscy pisarze naszych czasów są tacy. Balzac nienawidził muzyki. Hugo nie może jej znosić. Lamartine, który sam jest pianino do wynajęcia albo do sprzedania, nie cierpi muzyki. Jedynie paru malarzy zachowało te gusty...

— Teraz — ciągnął Gautier — jest moda uprzykrzonego glukizmu143. Szerokie frazy, wolne, wolne, niby muzyka kościelna... Byłem świeżo na Królowej Saby. Gounod144 to szczery osioł. Są tam w drugim akcie dwa chóry Żydówek i Sabejek, które paplą przy studni płucząc sobie zadki. No tak, ładne te chórki, ale to i wszystko. W tym miejscu cała sala oddycha, i robi „ach!” — taka reszta jest nudna.

— A Verdi145?