— O tak, jest. Wczoraj byłem u mego dentysty. Podczas gdy mi czyścił zęby, nachylony nade mną, rzekł nagle: „Czy pan styka się czasami z księżmi? To głupcy! Nigdy nie umieli mi określić, co to jest Bóg”. Tu głos dentysty nabrał brzmień apostolskich. „Bóg nie może być człowiekiem, on jest zasadą. Tylko jeden filozof powiedział to: Bacon152. Co się tyczy Marii, to jest powszechne odradzanie się, odbicie Boga. Tego księża nigdy nie sformułowali, a przecie Apoloniusz tjański153 widział ją w ten sposób na wieki przed jej urodzeniem, bo była odwiecznie”... I tak mówił mój dentysta bardzo długo...
— We wszystkich społeczeństwach od początku świata istniał ateizm klas wyższych, ale nie znałem jeszcze społeczeństwa, które by przetrwało z ateizmem ludzi z dołu, potrzebujących, biedaków...
— Wielkość Boga — rzekł starszy Goncourt na wpół do siebie — objawia mi się zwłaszcza w nieskończoności cierpień ludzkich. Liczba chorób przeraża mnie jeszcze bardziej niż liczba gwiazd.
— Bóg — zawtórował echowo Juliusz — to kat i dręczyciel powszechnego życia, zatruwacz rajów na ziemi, niebieskiego nieba, pięknego klimatu, zaludniający najpiękniejsze kraje złośliwą gorączką, dzikimi zwierzętami, bezlikiem insektów...
SAINT-VICTOR: — Któż bierze rzeczy w ten sposób? Od czego jest się artystą? Nie znam nic piękniejszego, niż wielkie święto w katedrze św. Piotra w Rzymie, kardynałowie czytający swoje brewiarze154, rozwaleni w fotelach... Tak, religia katolicka, to w gruncie bajeczna mitologia...
Ktoś mówi o kardynałach, o ich szerokiej ręce w sprawach miłości; na co Saint-Victor: — E, dla nich dogmaty to jak reguły w wiście155: trzeba się im poddać, ale nie przywiązują do nich zbytniej wagi.
Po chwili ciągnie dalej: — Kant156, za każdym razem kiedy chce zbudować system i czuje, że mu się wali, powiada, że istnieje tylko poczucie moralne, tylko imperatyw obowiązku... Ale to diablo zimne, diablo suche... Czemu na tej ziemi?... Czemu śmierć? W gruncie, to jest nieustająca myśl człowieka. I że nikt z umarłych nie zjawi się we śnie, aby ostrzec żyjących; syn ojca, matka córkę... Ach, moi drodzy... Diis ignotis157, to był piękny ołtarz w Atenach...
GAUTIER: — Bzdury. Wyobrażacie sobie moją duszę, która zachowała świadomość mego ja, pamiętającą, że pisywałem w „Monitorze” na quai Voltaire nr. 13...
SAINT-VICTOR: — Zapewne, trudno jest wyobrazić sobie duszę pana Prudhomme158, zjawiającego się w złotych okularach przed obliczem Boga i zaczynającego w ten sposób: „Budowniczy światów!...”
GAUTIER: — Przyjmujemy doskonale nieświadomość przed życiem, łatwo tedy przyjąć ją po życiu. Oto baśń starożytnych: puchar letejski159. Ja się boję tylko tego momentu, kiedy moje ja wstąpi w noc, kiedy stracę świadomość, że byłem...