— Trzeba słyszeć Montalamberta198, jak mówi o Sainte-Beuvie w jego dzisiejszej fazie. On to nazywa: „fatalnie myślący”, materialista — taki, „jacy zdarzają się tylko wśród lekarzy”. Istniał — powiada dobry Montalambert — zawsze racjonalizm, sceptycyzm; ale czysty materializm to rzecz, której się nie spotykało.

SOULIÉ: — Trzeba rozróżnić dwóch Sainte-Beuve’ów. Jeden, który pracuje na górze w swoim gabinecie, parając się najwyższymi sprawami ducha, i drugi przy stole, w towarzystwie swojej kochanki, swojej kucharki i dwóch pomywaczek. W tym otoczeniu robi się z niego łyk199, obcy wszystkim ideom które analizował na górze, ściągnięty do poziomu babskich plotek i babskiej paplaniny.

GAUTIER: Sainte-Beuve to higrometr200, wskazuje idee panujące w literaturze, jak kapucyn z budki wskazuje czas na barometrze.

GONCOURT: — A jego metody! Byłem raz świadkiem dyskusji na temat dzieła Thiersa201; wszyscy obecni godzili się, że to historyk bez cienia talentu. Jeden Sainte-Beuve bronił go: „To taki sympatyczny człowiek, taki inteligentny... Ma takie wpływy”. I dopieroż opisuje sposoby, w jakie Thiers buja izbę, jak urabia posłów... To są zawsze metody argumentacji Sainte-Beuve’a. Kiedy ktoś powie: „Mirabeau202 zdradził”, on na to: „No tak, zapewne, ale on tak kochał Zofię”... I zacznie malować obraz jego namiętności. We wszystkich i ze wszystkimi, zawsze tak samo.

JULIUSZ GONCOURT, do brata: — To człowiek wszystkich kompromisów. W gruncie rzeczy, nasza niezależność wobec wszystkiego, co oficjalne, uświęcone, akademickie, niepokoi go, burzy jego nawyki, religie, zabobony. Uważa nas za osobliwych pasażerów, dezynwoltura203 nasza przeraża go po trosze. Nigdy pogląd jego nie jest wolny od czołobitności wobec polityki, nigdy nie zdobędzie się na niezawisły sąd o ludziach władzy...

— Byłem kiedyś świadkiem jego pochwały księcia Pasquier. — Jeżeli umrę przed panem — powiedziałem mu — niech mnie Bóg broni przed pańską pochwałą.

GAUTIER: — A iluż on rzeczy nie rozumie! Ot, napisał o mnie artykuł, bardzo miły, bardzo pochlebny, ale nawet nie wspomniał o książce, w którą włożyłem najwięcej siebie, o Emaliach i Kameach. Wmawia we mnie jakieś akcenty miłosne, sentymentalne, elegijne, którymi się brzydzę. Zapewne, w tych trzydziestu tomach, którem odwalił, musiałem czasem dać burżujom jakąś satysfakcję miłosną: ale dwie prawdziwe struny mojego dzieła, mego talentu, to błazeństwo i melancholio; obrzydzenie do naszej zas..nej epoki i stąd moja niejaka emigracja duchowa.

GONCOURT: — Nostalgia obelisku!

GAUTIER: — Właśnie. I tego wujaszek Beuve nie chwyta. Nie zdaje sobie sprawy, że my czterej — Flaubert, wy i ja — jesteśmy wszyscy chorzy: to, co nas wyróżnia, to egzotyzm. Są dwie formy egzotyka: pierwsza daje smak przestrzeni, Ameryki, pociąg do kobiet żółtych, zielonych, etc. Bardziej wyrafinowany, wyższy stopień rozpusty ducha, to egzotyzm poprzez czas: na przykład Flaubert miałby tę ambicję, aby spółkować w Kartaginie, wam nadałaby się jakaś du Barry, mnie by nic tak nie podniecało jak mumia...

JULIUSZ GONCOURT: — Ale skądże wymagać, aby wujaszek Beuve, mimo swojej wzruszającej żądzy zrozumienia wszystkiego, pojął do gruntu talent taki, jak twój? Owszem, bardzo miłe są te jego artykuliki, to pisanina bardzo gładka, bardzo inteligentna, ot i wszystko. Nigdy swoją pisaną konwersacją nie stworzył człowieka, ani nie dał definicji dzieła w jednym słowie, w jednym zdaniu; nigdy nie wybił w brązie medalu żadnej sławy... I jakim cudem, mimo że chciał być dla ciebie przyjemny, jakim cudem miałby wejść w twoją skórę? Cała twoja strona plastyczna jest mu niedostępna. Kiedy ty opisujesz nagość, on w tym widzi rodzaj onanizmu literackiego pod pretekstem linii... Rzekłeś przed chwilą, że nie chodzi ci o stronę zmysłową. Otóż, dla niego, opis piersi, nogi kobiecej, słowem nagość, nieodłączna jest od świństwa, od podniety fizycznej... Tak, dla niego jest coś pikantnego w samej Wenus milońskiej...