— Nie, ja Moliera nie czuję zupełnie. Jest w jego sztukach zdrowy rozsądek, gruby, plugawy...
— On śmie to mówić o Mizantropie! — woła ktoś zasłaniając twarz.
— Mizantrop — ciągnie niewzruszony Gautier — to szczere łajno... Muszę się panu przyznać, że ja mam bardzo nieszczęśliwą naturę. Kiedy w dramacie ojciec, odnalazłszy córkę, pociera jej twarz o guziki swojej kamizelki, mnie to jest absolutnie obojętne: widzę jedynie fałdy u sukni owej dziewczyny. Ja jestem natura subiektywna... Mówię panom to, co czuję. Nie napisałbym zresztą tego wszystkiego. Nie trzeba dyskredytować uświęconych arcydzieł. Ale Mizantrop to jest komedia z jezuickiego kolegium. Och, co za świństwo! Co za język! Jak to pisane! Ale cóż chcecie, nie mogę powiedzieć tego głośno; pozbawiłbym się chleba. I tak dostałem dziś list z obelgami, bo ośmieliłem się zestawić Tymona Ateńczyka Szekspira z Mizantropem.
Z Moliera rozmowa przechodzi na cały wiek XVII, który znajduje się na cenzurowanym:
— Och, jaki nudny wiek, jaki antypatyczny, jaki zły język w porównaniu z soczystym językiem wieku XVIII — wzdycha Goncourt.
— Ale La Fontaine232!
— Mnie bajka przypomina zawsze sceny wypchanych zwierząt w gabinecie historii naturalnej.
A Gautier ze zdwojoną werwą przypuszcza atak do Króla-Słońce, do Ludwika XIV233:
— Wieprz pocętkowany ospą jak warzecha234, i mały... To był istny karzełek ten wielki król. Wciąż tylko jadł i fajdał. Pełno łajna w tej epoce. I ograniczony! Ale cóż! płacił pensje, żeby go opiewano... Fistuła235 w zadku, druga w nosie komunikująca z podniebieniem... Wszystek rosół z marchwią wypływał mu tamtędy... To są historyczne fakty.
— Nie można słuchać takich potworności! Ludwik XIV, prawdziwe i zdumiewające wcielenie królewskości! Z siebie samego stworzył jej obraz. Utrwalił osobę króla tak, jak wielki aktor utrwala typ w teatrze!