GAUTIER: — Ty nie mów do mnie. Tyś się pojednał z Bogiem, aby założyć dziennik... Pogodziłeś się ze starym.
Wszyscy się śmieją.
— Wiek XVIII to czas, który lubię najbardziej — powiada Sainte-Beuve. — Nie ma dla mnie piękniejszej epoki, niż pierwszych piętnaście lat panowania Ludwika XVI. I co za ludzie, nawet drugorzędni: Chamfort236, Rivarol237...
— Takie Myśli Chamforta to wspaniale zagęszczenie wiedzy życia, gorzki eliksir doświadczenia.
— A to powiedzenie Rivarola: „Bezbożność to niedyskrecja”... Hu, hu, to urocze, ciągnął Sainte-Beuve. A ten przyjaciel Talleyranda, którego gdy umierał, ksiądz spytał go, czy nie bluźnił kiedy przeciw Kościołowi. Odpowiedział: „Księże proboszczu, ja zawsze obracałem się w dobrem towarzystwie”. I wszyscy ci ludzie mieli filozofię, którą my powinniśmy mieć. Nie było mowy o nieśmiertelności duszy, o żadnych takich historiach: żyło się, jak można najlepiej, czyniąc dobrze i nie gardząc materią. Teraz zażywamy za wiele religii, bierze się ją w przesadnych dawkach.
KTOŚ: — Zważcie, że to mówi autor Port-Royal w siedmiu tomach...
SAINTE-BEUVE: — Autor Port-Royal, który zarządził, że ma być pochowany cywilnie.
Rozmowa schodzi na Port-Royal i jansenizm238.
SAINT-VICTOR: — Kretyni!
SAINTE-BEUVE: — Fryburg się w tobie odzywa, jezuito.