Lekarze wiele się zajmowali dziełem Prousta. Ci, co pisali o nim, zgodnie podnoszą u tego poety naukową ścisłość jego spojrzenia, jego metody. Czy opisuje zazdrość, snobizm czy sadyzm, czyni to z tą samą precyzją, z jaką ojciec jego, higienista-lekarz, ustalał związki między przyczyną a objawami choroby. I mimo że dzieło Marcela Prousta jest w każdym słowie dziełem wielkiego i rzadkiego artysty, świetny krytyk Edmond Jaloux, pisząc o nim, miał prawo powiedzieć, że „nigdy utwór literacki tak bardzo się nie zbliżył do nauki, każąc myśleć o pięknych proroczych słowach Claude Bernarda, że przyjdzie dzień, kiedy fizjolog, poeta i filozof będą mówili wspólnym językiem i będą się rozumieli między sobą”.
Ostatnia legenda Krakowa
Pewnego dnia niedawno temu odwiedził mnie rzeźbiarz Puget122 z Krakowa. Siedziałem właśnie przy Prouście, rozmowa zeszła na Prousta, który pasjonuje nas obu.
— Czy ty wiesz — rzekł do mnie Puget — że Marcel Proust był chrzestnym bratem Karola Huberta Rostworowskiego?
Zdziwiłem się.
— A to skąd? — spytałem.
— Zaraz ci wytłumaczę.
Tu Puget pyknął faję jak stary góral i tak mówił:
— Było tak. W roku siedemdziesiątym i którymś zeszłego wieku wybrali się państwo Pusłowscy za granicę. Pani Pusłowska była osobą wątłego zdrowia; w Paryżu miał ją w opiece lekarskiej profesor Adrien Proust, wielka powaga lekarska. Wynikła z tego serdeczna zażyłość między Pusłowskimi a profesorem i jego żoną. Tak, że kiedy się urodził państwu Proustom syn, zaprosili na matkę chrzestną panią Pusłowską. Otóż pani Pusłowska (z domu Moszyńska) jest rodzoną ciotką Rostworowskiego i również była jego chrzestną matką. Oto tak.
Bardzo mi się to podobało. Ale pewne zestawienia dat budziły we mnie wątpliwości. Pokręciłem głową i rzekłem: