— To by było bardzo piękne, aż za piękne. Bo lękam się, że tu raczej chodzi o młodszego brata Marcela, o Roberta Prousta, przyszłego chirurga.

Z kolei mój gość się zdziwił. Myślał, że Proust był jedynakiem.

— Ale nie — rzekł — chodzi o „prawdziwego” Prousta. Wiem z najlepszego źródła. Zresztą muszę to w Krakowie jeszcze raz ustalić.

Na tym rzecz na razie się skończyła.

A teraz muszę wyjaśnić, czemu mi się podobała ta historia i czemu mnie, zmartwiło przeczucie, że trzeba mi będzie się z nią rozstać. Jestem trochę mistyk, a raczej wierzę święcie w fale duchowego eteru — kiedyś staną się może uchwytne jak fale radiowe — ze swoistym krążeniem, oddziaływaniem, z całym światem tajemniczych związków, prądów, fluidów. Już byłem skłonny widzieć związek między owym chrześniactwem a pewnymi właściwościami Prousta. Mogłoby nam to wiele rzeczy wyjaśnić. Bo zawsze wydawało mi się dość osobliwe, skąd u tego paryżanina, urodzonego w mieszczańskim domu, wzrosłego w kołach arcyintelektualnych, u młodego człowieka, który zakładał pismo literackie z Barbusse’em i Blumem, który w epoce Dreyfusa był zagorzałym i czynnym „rewizjonistą”, u tego duchowo najbardziej wyzwolonego z ludzi, skąd ten osobliwy kult rodów, heraldycznej dawności, ta pasja genealogii, powinowactw, parantel, zwyczajów i obyczajów wielkiego świata; skąd to wszystko, co raczej zdawałoby się naturalne u jakiej starszej damy w arystokratycznym miasteczku na prowincji. Słowem, skąd ta obsesja, ten — można powiedzieć — kompleks, który znalazł w końcu filozoficzne i dość ironiczne rozwiązanie w jego dziele, a który, zanim Proust objawił się wielkim twórcą, zyskiwał mu u wielu opinię snoba. Intrygowało mnie to tym bardziej, że znałem tę atmosferę, to ciśnienie, miejscowego „Faubourg Saint-Germain”, dość swoiste dla Krakowa mojej młodości. Czytając pewne partie Prousta, z dawna transponowałem je sobie mimo woli na Kraków; tak, nieoceniony pan de Norpois zawsze był dla mnie austriacką ekscelencją i robił politykę zagraniczną w „Czasie”, gdzie znalazłoby się w artykułach z owej epoki jego najstylowsze zwroty; jak znów Roberta de Saint-Loup widzę fizycznie pod postacią jednego z młodych (wówczas) Zamoyskich. A moment, kiedy w pałacu „Pod Baranami”123 po wojnie przebito ścianę na sklep dla cukierni Piaseckiego (dziś bank), był dla mnie najznamienniejszym świadectwem, że coś się zapada w przeszłość. Małżeństwo Ordonki124 — tak niesłychanie proustowskie — niewiele już przydało do tego wstrząsającego wrażenia.

Otóż chrzestne macierzyństwo hrabiny Pusłowskiej dawało mi nowy klucz do Prousta, a raczej do moich odczuwań. Jego „Côté de Guermantes” najnaturalniej przetransponowało mi się na „Côté de Barany”. I już zbudowałem sobie hipotezę, że hrabina Pusłowska, trzymając na łonie młodego Marcelka, przelała w niego w tajemniczym chryzmacie125 chrztu wszystkie fluidy, które później znalazły sobie ujście dostosowane do miejscowych warunków Paryża, ale które były w istocie najczystszą esencją ówczesnego Krakowa.

Cała ta koncepcja zwaliłaby się w gruzy, jeżeli chodziło o brata! Przypuszczać, że fluid „Baranów” przeszedł w maleńkiego Prousta via brat, byłoby już może mistycyzmem zbyt daleko posuniętym. Chociaż, ostatecznie, w świecie ducha nie ma niepodobieństw.

Kiedy niedawno wypadło mi jechać do Krakowa, przypomniałem sobie tę wątpliwość i pomyślałem, że muszę zapytać Pugeta o wynik jego śledztwa. Tymczasem niespodziane rozwiązanie — i to najbardziej autorytatywne — samo mi przyszło w ręce między Częstochową a Krakowem. Wziąłem sobie mianowicie na drogę tom listów Prousta do Lucjana Daudet; listy te znałem powierzchownie, chciałem je przeczytać dokładniej. Czemu ten właśnie tom wśród dziesięciu innych tomów korespondencji pisarza? — znów magnetyzm! I w tych listach trafiłem na ustęp, gdzie Proust właśnie mówi o pp. Pusłowskich.

Droga, jaką Proust doszedł w owym liście do wspomnienia swoich polskich stosunków, jest dość interesująca. Dostał mianowicie zawiadomienie o śmierci i o pogrzebie hrabiny Mniszech, z domu Hańskiej, pasierbicy Balzaka, która w bardzo podeszłym wieku zmarła w czasie wojny pod Paryżem w r. 1915. Z tej okazji Proust pisze do Daudeta co następuje:

„Zawiadomienie o pogrzebie hrabiny Mniszech przypomniało mi w pierwszej chwili epokę, kiedy mi przysyłałeś sfingowane zaproszenia do hrabiny X w nadziei, że — pójdę tam nie zaproszony. Nie wiem, czy ktoś kontynuuje ten żarcik, ale w zeszłym roku dostałem zaproszenie z zupełnie ścisłym nazwiskiem i adresem, bez możności pomyłki, na ślub p. Y. Otóż ja nie znam nikogo z tej rodziny.126 Trochę przedtem, na ślub u W ***, których również nie znam lub raczej, którzy mnie nie znają. Naturalnie nie ruszyłem ręką ani nogą.