Co się tyczy owego listu hr. Mniszech, któremu twój list (bardzo w stylu pogrzebu księżnej de Langeais127) daje całe piękno, byłoby z mojej strony zanadto „Astier-Rehu”128 odsyłać cię do trzeciego tomu Swanna, gdzie ujrzałbyś (wiesz to zresztą i beze mnie), że wystarczy jednej nieprzewidzianej paranteli, aby wprawić w ruch wszystkie »casus foederis«129 i spowodować defiladę wszystkich nazwisk.130 Co zresztą tutaj nie ma zastosowania, bo w pewnej epoce wszystkie wielkie rody Europy skojarzyły się z Rzewuskimi (czas przeszły dokonany, bardzo w stylu Balzaka); zdaje mi się nawet, że w „Almanachu Gotajskim” jest jakiś Radziwiłł ożeniony w Wirchowni131 (czy nie tak się zowie posiadłość pani Hańskiej?). Nie wiedziałem o Platerach, ale Klemans132 był kuzynem Krasyńskich i Czapskich (daruj ortografię), skąd obszerne rozmowy przy ulicy de Courcelles133, z papą. Bo opowiadałem ci może, matką chrzestną mego brata była niejaka hrabina Pusłowska, z domu — zdaje mi się, ale nie jestem pewien — Potocka czy może Branicka (Pomyliło się Proustowi, ale czy ten dobór nazwisk nie znamionowałby „kompleksu Baranów”? — przyp. mój.) i której syn ożenił się z jakąś Pignatelli134? Była to urocza kobieta, która nas zasypywała złoconymi neseserami. Odnalazłem niedawno jej bardzo milutki list; prosi w nim papę, aby odwiedził starą piastunkę, która wychowywała jej męża i która jest chora: »Niech mi Pan daruje — pisze — Drogi Panie, że Pana niepokoję, ale ona znała Zygmunta (jej męża), wówczas kiedym szła za niego, i mam uczucie, że jej także coś ślubowałam«. Nie wiem, czy to jest czar wspomnień dzieciństwa, ale mnie się to wydaje urocze. Kiedy Radziwiłł mówił mi o hrabi Pusłowskim jako o »typie polskiego wielkiego pana«, nie śmiałem go prosić o zapoznanie mnie z nim, bo myślałem, że to nie musi już być ten sam, może nawet nie syn, którego nazywałem »Nelo«135. Nie zrozumiałby racji tego, racji nie mającej nic światowego, raczej bardzo domowej.
Aby wrócić do pani Mniszech (mój drogi chłopcze, piszę ci naiwnie wszystkie te szczegóły nie przez potrzebę mówienia o sobie, ale dlatego, że myślę, iż cię to odrywa od twoich zatrudnień), sądzę, że będzie ci się podobało w mojej książce (bardzo „Montesquiou”) zawiadomienie o pogrzebie młodej Cambremer. Ale to jest aż pod koniec. Natomiast w najbliższym tomie znajdziesz w pani de Villeparisis jakąś X albo Y, której Guermantami są W*** albo Z***. W tym przedmiocie, mimo że ta część jest już wydrukowana i nie da się zmienić, zamierzam retrospektywnie wypytać jeszcze jakiegoś starego eleganta o tajemnicze przyczyny (jeszcze nawrót do Mniszchowej) degrengolady tych rozmaitych odmian pań de Villeparisis... Bardzo mi się podobało pismo „Le Mot”, ale ładny skądinąd rysunek Baksta136 fatalnie trafił w dniu odebrania Przemyśla137.
Na karcie Mniszchów nie brak nawet tak balzakowskiego nazwiska »Keller« oraz wszystkich Adamów. (Balzak powiada w Fałszywej kochance, że każdy Polak nazywa się Adam). Kto jest ta panna Z***, najlepsza przyjaciółka p. Mniszech?...”
Przytoczyłem cały ustęp, bo ze swymi cytatami, nawiasami i odsyłaczami charakteryzuje on Prousta, który nieustannie żyje na płaszczyźnie swego dzieła, wszystko ściąga do niego. Realni ludzie i zdarzenia są dlań jedynie komentarzem twórczej wizji, pobudką do retuszów i uzupełnień. Jak Balzak w znanej anegdocie, tak i on mógłby powiedzieć: „Wróćmy do rzeczywistości, mówmy o pani de Villeparisis, o Guermantach”.
Ale jedno jest faktem: miałem słuszność w moich powątpiewaniach! Nie Marcel Proust, ale o dwa lata młodszy Robert Proust (urodzony w maju 1873) był chrześniakiem pani Pusłowskiej, a tym samym chrzestnym bratem Karola Huberta. Miejmy nadzieję, że doktor Robert Proust nie był choć masonem...
W ten sposób rozwiała się dla mnie ostatnia legenda Krakowa. Mówię „ostatnia” w znaczeniu „najnowsza”; jestem pewien, że nigdy żadna nie będzie ostatnia, zawsze sobie znajdzie jakąś to na wskroś poetyckie miasto, jak żadne inne obdarzone zdolnością tworzenia mitów.
Snobizm u Prousta (z powodu nowych tomów polskiego wydania)
Przed kilku laty w kołach literackich bawiono się faktem, że pewien profesor138, poważna osobistość z szanownej mieszczańskiej rodziny, zafundował sobie tytuł hiszpańskiego barona. Nie bardzo się nawet chwalił tym tytułem — wiedział, że by go to ośmieszyło; ale uważał, że się poświęca dla syna, że jego syn będzie już baronem dziedzicznym bez dyskusji. Czy wiele ów syn na tym hiszpańskim baronostwie zyskał, to nas tu nie obchodzi, chodzi o fakt uroku, jaki wciąż wywierają pewne fikcyjne i nieaktualne, zdawałoby się, wartości społeczne.
I nie tylko u nas. We Francji od wielkiej rewolucji tytuły są — z przerwami co prawda — zniesione, ale wciąż mają wartość wręcz handlową: zbogacone mieszczaństwo dotąd kupuje je dla córek milionowymi posagami, a miliarderki amerykańskie robią im konkurencję podbijając cenę. Dość pouczająca w tej mierze jest książka słynnego w swoim czasie eleganta, hrabiego Boni de Castellane, pt. Jak odkryłem Amerykę, opowiadająca dzieje jego małżeństwa i rozwodu z Amerykanką, panną Gould. Trzeba zaznaczyć, że nowoczesna demokracja podniosła niejako cenę tytułów; za dawnych czasów kadry szlachectwa były otwarte, uszlachcano bogactwo, urzędy, naukę, odbywał się ten ruch ciągle. Z chwilą zamknięcia listy tytuły nabrały większej ceny, rzadkości antyku.
Otóż ta kwestia, tak ciekawa, tyle rzucająca światła na sekrety natury ludzkiej, była traktowana w literaturze wprawdzie często, ale dość powierzchownie, bez podkładu filozoficznego. Najczęściej ujmowano ją po prostu satyrycznie, przy czym potępiali tzw. snobizm najmocniej ci, którzy mu sami bezwiednie ulegali. I można powiedzieć, iż Proust, jak w innych rzeczach, tak i tu, dał swemu ujęciu snobizmu wartość odkrywczą.