Przede wszystkim spojrzał nań — poetycko. Wydobył urok starych nazwisk, działających tak jak urok starych kościołów, obrazów, domostw, miast; urok pobudzający wyobraźnię, wiodący w odległe epoki historii. Patrzy na ten świat wielkich nazwisk przez oczy młodego chłopca, który dopóki się nie rozczarował, widzi w tych żywych zabytkach jakby odrębne istoty, wiodące — wedle jego wyobrażeń o nich — jakieś inne i niedostępne życie. Zwłaszcza że z tą rzadkością łączy się często wdzięk fizyczny, harmonia form, kultura artystyczna, wreszcie zbytek. Później — w miarę swoich doświadczeń — bohater Prousta miał się rozczarować; zamiast tych cudów znalazł pustkę duchową, pychę; pod wykwintnymi formami gruboskórne chamstwo. I w miarę tych doświadczeń świat ten, tyle razy opisywany, tak już, zdawałoby się, wyżyłowany przez literaturę, miał zyskać pod piórem Prousta całą malowniczą i egzotyczną nowość.
Ale za czasu Prousta nie sama już dawność rodu dawała przywileje. Dokoła arystokratycznych salonów nastąpiło zgrupowanie wszystkich socjalnych przewag, tworząc tzw. świat. Bo gromada próżniaków pędzących mniej lub więcej pasożytniczy żywot z dawna sama sobie dała tytuł „świat” albo nawet „wielki świat”. Otóż problemat tego świata, jego granic, decyzja o tym, kto do niego należy i jakie w nim zajmuje miejsce, stwarza tam istną giełdę walorów, które to idą w górę, to spadają wedle nieuchwytnych wstrząsów, procesów i prawideł.
Dziś wydaje się to wszystko — zwłaszcza nam — dość odległe, ale wystarczy wziąć do ręki jakiś tom wspomnień z ówczesnej epoki, aby docenić rolę, jaką wówczas odgrywał „świat” i jego ucieleśnienie — salon.
Ten świat stał się u Prousta najlepszym polem dla obserwatora wszechzłudy, która, wedle jego koncepcji i odczucia, stanowi istotę naszego życia. Nie rzeczywistość sama w sobie — bo gdzież jej miernik i sprawdzian? — ale pojęcie, jakie człowiek ma w sobie o drugich, owe tak bardzo rozmaite kształty, w jakich jego osoba i postępki odbijają się w oczach drugich, oto co stanowi treść istnienia i rozstrzyga o szczęściu lub nieszczęściu człowieka. W świecie pracy nie obserwuje się tego w takiej czystości; materialne potrzeby życia dominują; ale tylko na pozór, bo przecież wartość pieniądza, poza zaspokojeniem najgrubszych potrzeb, jest przeważnie idealna; weźmy na przykład taką rzecz jak strój — nawet męski, a zwłaszcza już kobiecy: w jakim stopniu swej ceny jest on odzieżą, a w jakim gustem, modą, fantazją, czyli wartością idealną, umowną! I dlatego w świecie czczych zabaw i czczych zatrudnień Proust mógł obserwować najlepiej ów swoisty mechanizm i odkrywać pewne psychologiczne prawa, ważne później już dla wszystkich światów.
Bo Proust widzi i notuje, że istnieje nie jakiś jeden snobizm, ale całe ich mnóstwo, co więcej, żywa wymiana snobizmów. O ile pisarz, artysta może mieć tę próżność, aby bywać w salonie wielkiej damy, o tyle dama — z epoki Prousta — wie, że niczym tak nie podniesie wartości swego salonu, jak udziałem wybitnych ludzi, których pokazuje swoim utytułowanym gościom niby osobliwe zwierzęta. Znudzeni samymi sobą, ludzie jednego świata szukają nowej afirmacji w drugim. Księżna będzie szukała towarzystwa modnej aktorki, będzie więc na tym punkcie snobką; salon eks-kokoty, pani Swann, stanie się centrum elegancji, w którym bywanie będzie podwyższeniem rangi światowej dla jakiegoś autentycznego potomka rycerzy z wojen krzyżowych. I ta wymiana snobizmów, jej kaprysy, paradoksy, reguły oświetlone są u Prousta jakże bogato i wszechstronnie!
Ale ujrzymy tam, że snobizm nie jest bynajmniej monopolem wielkiego świata. Mieszczańska rodzina Simonet przez jedno „n” uważa się za coś nieskończenie lepszego od Simonnetów piszących się przez dwa „n”. Odcienie tworzące hierarchie w mieszczaństwie są, zdaniem Prousta, jeszcze dowolniejsze, komiczniejsze niż w górnych sferach. Ale wszędzie, we wszystkich warstwach, kwestia prestiżu, choćby najdziwaczniej ulokowanego, ważniejsza jest niemal od kwestii chleba; wszędzie objawia się potrzeba wywyższenia się, odgradzania, tworzenia klanów; a nie mniejsze finezje snobizmu znajdzie się wśród ludu, nie mówiąc o służbie wszelkiej kategorii.
Ważną odnogę snobizmu stanowi świat artystyczny i to, co koło siebie skupia. Mało jest ludzi żyjących sztuką jak powszednim chlebem; dużo natomiast osób kręci się koło niej szukając w tym pobliżu wypełnienia pustki życia. Salon artystyczny i literacki, jakich tyle było wówczas we Francji — wcielony u Prousta w salon pani Verdurin — to znowuż giełda artystyczna, gdzie kursy żywych i umarłych zmieniają się kolejno, gdzie kaprys mody kombinujący się z głębokimi prądami sztuki podwyższa jednych, a zniża drugich, gdzie istnieją różne języki pseudowtajemniczonych. I to wszystko to jest też jakieś marzenie człowieka o sobie samym, potrzeba uszlachetnienia własnego życia, potrzeba piękna lub jego złudy, która u pospolitych ludzi przybiera mniej szlachetne formy, skombinowana z głodem nowości, z potrzebą wywyższania i poniżania, sądzenia, wykonywania władzy — maskarada żądzy potęgi. Wpływ tych snobizmów na reputację artystów jest olbrzymi; rozciąga się nieraz dziesiątki lat i dłużej; na potomność, która też ma swoje snobizmy. Przez jakie filtry przechodzi reputacja na przykład malarza, co decyduje o tym, czy obrazek jego jest wart sto franków czy dwieście tysięcy, aby potem znów zlecieć na łeb na szyję; to wszystko otwiera interesujące perspektywy filozoficzne.
I wszystkie te snobizmy — ile ich jest — krzyżują się z sobą i wszystkie mają kurs jedynie umowny, ograniczony czasem i miejscem, niby papier wartościowy, akcja o niepewnym pokryciu. I nic zabawniejszego niż te zmiany kursu przy zmianie środowiska, jakie nam pokazuje Proust, a wraz z tą zmianą kursu zmiana samopoczucia człowieka, wręcz zmiany jego charakteru.
I gra snobizmu tym się bogaci, że jest najczęściej kombinacją snobizmu czystego z realnymi wartościami talentu, geniuszu, pieniądza wreszcie. Ta ostatnia kombinacja ujawnia się np. w sprzedaży wątpliwej pozycji światowej za gotowiznę bogatego małżeństwa. Uzurpacja wartości może się zmienić w drugim pokoleniu w wartości realne — i w tym nasz hiszpański baron mógł mieć słuszność, tylko złą epokę obrał dla kreowania w Polsce swojej dynastii.
W końcu Proust obserwuje kaprysy świata w rodzaju, jakiego mu nastręczył znany klubowiec Haas, którego rysy dał swemu Swannowi; jakim cudem, mocą jakiego mechanizmu ten niebogaty nawet mieszczanin, Izraelita stał się ulubieńcem najbardziej zamkniętych salonów i klubów, do których inne wartości rodu czy talentu na próżno by pukały? Właśnie dlatego, że snobizm lubuje się w despotyzmie stwarzania wartości. Wielki pan łatwiej wejdzie w zażyłość z człowiekiem, który w jego mniemaniu jest przy nim absolutnie niczym, niż z takim, który stoi od niego tylko o stopień niżej i który mógłby się uważać za równego.