To pewna, że zadziwiająca jest ta niespokojna czynność, jaką rozwija klasztor mariawicki w dążeniach reformatorskich. Nie minie prawie miesiąc, by w tym małym światku nie tworzono przewrotów, sięgających bardzo daleko. Nie tykam tu oczywiście spraw wiary; chodzi mi o rzeczy czysto ludzkie.
Ostatni list pasterski mówi o stosunku do dziewcząt-matek i do nieślubnych dzieci. Kwestia ta — to jedna z najbardziej ciemnych i haniebnych kart naszego życia. Uprzytomnijmy sobie sytuację obrazowo, nie lękajmy się jaskrawych skrótów. Więc, młoda dziewczyna wchodzi na przykład w mieszczański dom jako służąca. Uwodzi ją — przypuśćmy — panicz, albo jego kolega. Spostrzegłszy, że dziewczyna jest w ciąży, pani wypowiada jej służbę. (To jest wypadek klasyczny, formuła z Pani Dulskiej, dziś już mniejszą grająca rolę w mechanizmie społecznym, bo... służby jest mniej. Ale olbrzymi procent dzieciobójczyń to służące). Dziewczyna znajduje się na bruku, rodzi pokątnie, topi lub dusi i pali dziecko. Dostaje się — o ile jej nie skażą, jak świeżo w Tarnowie, na śmierć — do więzienia, wychodzi z niego, aby zostać prostytutką lub złodziejką. Znów dostaje się pod sąd. Tymczasem panicz — może wspólnik jej pierwszego błędu — ukończył prawo, został prokuratorem lub sędzią; będzie ją oskarżał lub sądził, po rzymsku, wedle litery prawa.
„Cóż to, Boy pisze melodramaty?” — powie ktoś. Niestety, ten melodramat jest samym życiem. Oczywiście nieczęsto rzecz układa się tak teatralnie; ale to jest treść stosunku społeczeństwa do tej sprawy, stosunku nieludzkiego, obłudnego. Czyż mamy więc prawo rzucać kamieniem na kogoś, kto się pokusi inaczej ten problem rozwiązać?
List pasterski O. Jana Marii Michała dzieli się na dwie części. Pierwsza tyczy samego małżeństwa. Przytaczamy ten ustęp:
Zdarzyć się może, i niestety często się zdarza, z powodu powszechnego zepsucia i praw ludzkich niedoskonałych, utrudniających wstępowanie w związki małżeńskie — zdarza się, powiadam, że młodzieniec jaki, wolny, zwiedzie pannę, obiecując, że się z nią ożeni, a ona, wierząc mu, zgadza się na wspólne z nim pożycie i rezultatem tego pożycia bywa, że przychodzi na świat dziecię, podczas gdy on lekkomyślny młodzieniec nie chce przystąpić z tą, z którą się połączył, którą uwiódł, do ołtarza, aby wobec Kościoła uprawnić swój związek małżeński z nią. Mimo to ten związek jego, choć nie jest ważny wobec prawa, jest jednak ważny wobec Boga, jest prawdziwym wobec Boga i praw natury ludzkiej związkiem małżeńskim, i takowy młodzieniec z żadną inną niewiastą związku małżeńskiego zawrzeć nie może dopóty, dopóki ta, z którą się połączył, którą uwiódł, żyje i wierną mu pozostaje, sama nie zawierając innych związków. Taką należy uważać jako opuszczoną przez męża, a dziecię jej za prawe wobec Boga i Kościoła naszego świętego, tak jak sama natura, sprawiedliwość i prawo Boże wskazuje. Tak samo, gdyby młodzieniec w podobny sposób był zwiedziony przez niewiastę, i ona wyszłaby za innego, nieważnym będzie związek jej, dopóki ten, którego uwiodła, żyje i pozostaje jej wiernym w miłości. Powiedział bowiem Chrystus Pan: „Co tedy Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozłącza”. A złączył Bóg dwoje w jedno ciało wtedy, kiedy przynajmniej jedno z nich miało miłość prawdziwą i nadzieję związku małżeńskiego na zawsze, a nie zamiar chwilowego tylko i cudzołożnego występku.
Oto mi przewrót nie lada! Jesteśmy w czystej krainie utopii. Przypominają się rojenia owego tak głośnego przed stu laty Prospera Enfantin80, założyciela saintsimonizmu81. Jak sobie wyobrazić jakiekolwiek prawo małżeńskie oparte na tych zasadach, na tym jakże wiotkim rozróżnieniu, „czy miłość była prawdziwa” i zamiar związku małżeńskiego istotny, w rzeczy, której stany duszy bywają płynne jak obłoki sunące po niebie? Czy on ją „uwiódł”, czy ona jego, co sobie obiecywali, czy dziecko jest jego, czy była wierną — ileż tu się nastręczy wątpliwości, punktów spornych, faktów i intencji zagrzebanych w głębi sumienia! Cóż za chaos! Jak będą wyglądały księgi stanu cywilnego w gminach rządzących się tym romantycznym kodeksem? Uspakaja nas w tej mierze dalszy ciąg listu pasterskiego:
Przez ten nasz list pasterski przypomnienie w nim zasad Ewangelii Chrystusowej nie polecamy bynajmniej, aby Kapłani nasi, utrzymujący księgi stanu cywilnego, cośkolwiek przeciwko cywilnym prawom państwowym czynili, gdyż do takowych stosować się oni zawsze powinni, dopóki nie będą zreformowane. W sumieniu i życiu kościelnym niech baczą na zasady Ewangelii świętej, któreśmy w niniejszym liście naszym wyłożyli.
Oddychamy z ulgą: przenajświętsze księgi stanu cywilnego pozostaną nienaruszone... Ale niewątpliwie w małych gminach mariawickich, gdzie wszyscy się znają i gdzie życie jest jak pod szklanym kloszem, nakazy moralne, wynikające z tych nowych pojęć, mogą mieć swoje ciśnienie.
Co natomiast posiada bezpośrednie znaczenie — i to bardzo ogólne — to część druga listu. Czytamy:
Ponieważ, wskutek panującego w naszych czasach zepsucia powszechnego często się zdarzają wypadki uwiedzenia panien, zwłaszcza biednego stanu, przez ludzi niesumiennych, i one okrywane hańbą przez nierozumne otoczenie i najczęściej prześladowane przez własną rodzinę, nie mogą znieść przeżywanego ucisku i dopuszczają się niekiedy w rozpaczy samobójstwa lub dzieciobójstwa, czy też poronienia, przeto my postanowiliśmy w imię Boże, według naszej możności, temu złu zaradzić. Polecamy mianowicie, aby przy naszej świątyni w Płocku i wszędzie, we wszystkich naszych parafiach, gdzie pracują nasze Siostry najmilsze, były otwarte żłóbki dla przyjęcia tych małych dziecin bezpłatnie na wychowanie, bez żadnego wynagrodzenia. Nadto polecamy Siostrom najmilszym, aby z owymi biednymi matkami z miłością się obchodziły i takowym wszelkiej pomocy udzielały, a nawet i do domów swych je przyjmowały, gdyby te nieszczęsne, oszukane przez ludzi niedobrych, nawet przez własną rodzinę były nie po ludzku traktowane albo z domu rodzicielskiego wypędzane. Takie bowiem matki z pewnością stokroć są milsze Bogu, niż ci nieludzcy i obłudni ludzie, którzy na nie kamieniem potępienia rzucają...