„Kochaj mnie, a świat będzie twoim”.
Obojętne mi jest wyznanie i narodowość, gdyż świat żywych ludzi dzieli się dla mnie tylko na mądrych i głupich, złych i dobrych.
Może być „on” brzydki, ułomny, biedny i stary, byle o wysokim intelekcie i wartości duchowej. Kocham wszelkie przejawy piękna dusz ludzkich i twórczości.
Dla miłości prawdy zaznaczam, że nie jestem ani stara, ani brzydka.
A więc? Gdzie jesteś, ty „mój” człowieku, którego w tęsknocie oczekuję?
Solweg
Oto jak ludzie szukają się i nawołują wzajem w przerażających mrokach Kosmosu.
Stacja doświadczalna w Płocku
Temat, który poruszę, jest bardzo drażliwy, wiem. Trudno; znów mnie zwymyślają, od tego nikt nie umarł. Otóż, kiedym sobie rozmyślał o różnych porządkach społecznych, dostałem do rąk świeży list pasterski (12 kwietnia 1929) Jana Marii Michała76, arcybiskupa mariawitów77, o małżeństwie chrześcijańskim i o dzieciach tak zwanych „nieprawych”.
Myśli i uczucia, jakie obudzi ten List w różnych sferach, będą rozmaitej kategorii. Jedna, to Inkwizycja: spalić na stosie, zburzyć, zaorać, rozrzucić prochy, wytępić do cna. Inaczej trochę przedstawia się rzecz, gdy ktoś zechce myśleć kategoriami społecznymi. Faktem jest, że w gminach mariawickich procent przestępczości jest znikomy, moralność — biorąc po ludzku — wyższa, urządzenia ich społeczne i gospodarcze funkcjonują znakomicie. Ale jest jeszcze i trzeci punkt widzenia. Wyobraźmy sobie, że ktoś ma majątek ziemski. Nie będzie zapewne na całym obszarze swego majątku przeprowadzał zbyt ryzykownych doświadczeń i przemian, bo to mogłoby się skończyć bankructwem; ale dobry gospodarz ogrodzi sobie kawał pola i tam będzie eksperymentował. Otóż kraj jest takim wielkim gospodarstwem. Nie da się zaprzeczyć, że wiele urządzeń naszych chroma78; że stosunek społeczeństwa do całego szeregu palących zagadnień jest beznadziejny, czasami wręcz ohydny swą obłudą i obojętnością. Ale, jeżeli boimy się gwałtownych przemian, to dlatego, że pochłaniają one mnóstwo ofiar, często bez rezultatu, lub z rezultatem, który można osiągnąć — i lepiej — na innej drodze. Musimy tedy z zainteresowaniem patrzeć na kącik ziemi, gdzie pewne skupienie ludzi próbuje inaczej rozwiązać różne kwestie, urządzić sobie życie na innych zasadach, zerwać z pewnymi nawykami myśli i obyczajów. Po jakimś czasie obserwacja taka będzie miała wręcz wartość eksperymentu; dlatego nazwałem klasztor w Płocku i zależne od niego gminy „stacją doświadczalną”. Gdyby to nie brzmiało zbyt płocho, nazwałbym ją — ot, nałóg starego recenzenta! — naszym „teatrem eksperymentalnym”, przez wzgląd na tyle analogii, jakie istnieją między klasztorem płockim a wileńską Redutą79.