Teośku, siostrzyczko lubowczyku, skąd tobie przyszło przysyłać mnie pustelnikowi jakieś wenusy nagusy? Azaliż doświadczyć mnie chcesz jak świętego Antoniego? Vade retro, satanae!155 Ciężka pokusa, grzech, fe! marność, vanitas kompletne. Choćbyś mi powietrzem śledzia holenderskiego z oliwą i cebulką wyprawiła, ani tknę, tak samo jak święty Antoni, a pani Wenus niech się wynosi, póki cała. Starego Wincentego Pola skusiła pogańska bogini i oto... żeni się. Ale mnie, niech próbuje, panie!

I zaraz się tłumaczy, jakby przepraszał za swoją chwilę wesołości:

Nie gorsz się, kochana siostruniu, i nie bierz mnie za pustaka, kiedy ja się śmieję, to widać, że mi nie musi być dobrze... Śmieję się ze wszystkiego, ze wszystkiego, ze wszystkiego, aż mnie serce boli... Notabene wiesz, że w ciągu jednego roku posiwiałem jak dziad pasiecznik, pogarbiłem się i nazywam się starowina...

Kiedy to pisze, nie ma jeszcze pięćdziesięciu lat! A szkoda, że tak zgorzkniał i skwaśniał stary, bo kiedy się rozmacha, to potrafi z humorem nakreślić ot taką sylwetę:

U pani Aleksandrowej (Przeździeckiej) ja mam malam notam. Matka Kościoła i puzderko na zachowanie dobrego tonu i wszelkich cesarskich pieczęci hrabiowskich, kwoczy się i mruży oczy, i cedzi, i prostuje, i waży słówka, i raczy jeść, i raczy chodzić. O baby! Dałbym ja wam smarowidło mazowieckie, tobyście wy się nauczyły cenić ludzi trzeźwych i uczciwych!

Sarmatyzm wyłazi z czułego autora Lirenki wszystkimi porami. Donosząc o jakiejś plotce, pisze:

Policzek wymierzony damie na przechadzce przypomina mi jedną warszawską kokietę, którą amant, niejaki pan Notarzewski, kijem obłożył na Miodowej ulicy wprost Kapucynów, czego mu bynajmniej za złe nie miano. Baba kokieta warta jest, aby ją młócono. Trzeba bić, albowiem to są argumenta najwymowniejsze...

No i niebezpiecznie jest pociągnąć go za język, bo wówczas jak nic palnie sobie takie niedyskrecje:

Kornel Ujejski, uczony i wielbiony we wszystkich pismach, ma jedną wadę, za którą prześladują go, jak się domyślam: oto że go harpie pożądliwości rozdzierają... Na ruinach rzymskich, w gajach Partenopy, na wzgórzach romantycznych Florencji, Jeremiasz polski wył palony diabelskimi ogniami i drobnym kroczkiem za wszelką niewiastą latał. Zaiste, jestże to Jeremiasz bolejący na gruzach Jeruzalem? Nie, prędzej Minotaur, prędzej Jowisz przed metamorfozą w byka. Niech jego z tą zapamiętałością nieumiarkowaną! Zresztą o innych złych stronach nie wiem, i jestem pewny, że i drudzy nie wiedzą.

Już to polscy prorocy więcej w ogóle do Dawida są podobni niż do Jeremiasza albo Izajasza. Przepadają za plemieniem niewieścim, z czego się robi morowe powietrze i inne przypadłości. Zygmunt (Krasiński), brzydki jak pies, zezowaty, z nogami taxa, a sułtanił, panie, po całym świecie i miewał porwania do siódmego nieba i łaskę proroctwa (podług wzorców Schellinga). Adam (Mick.) grzązł także w nieprawościach z jakimiś Żydówkami (Dajbel). No, już daj pokój, nie prześladuj, niech oni tam sobie radzą na drugim świecie, przebaczamy im z uwagi na obfitość błędów tego rodzaju Petrarki księdza, Danta przeora, Kalderona także księdza itd. itd. Wszyscyśmy grzeszni, ale nie z własnej chęci, tylko... no... diabli tak dokazują rogacze, szelmy z widełkami, na które łapią nas potem jak kotlety i łupią... brrum! brzydkie bestie.