Manuskryptów księgarze nie kupują dla tej dobrej racji, że z wysoka zakazano czytać pisma wartogłowów poetów... Sierotek narodziło się kilkoro i te żółkną w tece autora; pukałem, stukałem, amatorów nie ma. Hrabiowie (24 hrabiów pisze obecnie!) wykluczają poezję: a kysz! a kysz! i księdzowie151 także, ad maiorem Dei gloriam152.
Raz po raz ubywa ktoś ze starej wiary, kogoś chowają. Żegna pan Teofil odchodzących, ale i im nie oszczędzi słowa prawdy. Wicusiowi Polowi na przykład takie podzwonne:
Dumny był wobec małych, a poniżał się wobec możnych; ja takich geniuszy nie podziwiam. Talent miał wielki, ale serce próżne. Z tym wszystkim, niech mu światłość świeci wiekuista...
Sam czuje zresztą swoje zgorzknienie; ma o nie urazę do siebie, czuje się zbytecznym ciężarem na świecie: „Przyszedłem do tak miłego usposobienia, że już tylko śmierci umiałbym winszować, nie życia”. Myśli o jakimś zaciszu, gdzie by mógł głowę skłonić na ostatnie dni. Ale i tu wyrwie mu się gorzkie słowo:
Chcę na resztę dni przycupnąć u Augusta Cieszkowskiego153 w Poznańskiem, jeżeli panowie Niemcowie i bóstwo Polaków Bismarck książę pozwoli. Głupi nasi na nim budują nadzieje. Nie ma głupszych baranów jak Polacy.
Wszystko doprawdy drażni biedaka; narzeka na martwotę w kraju, a każdy objaw życia go irytuje. „Matejce płacą po 20.000 guldenów, bo jest w modzie”, pisze; a jemu co? Przychodzą i przychodzą, a żeby kto co zamówił!
Dzięki ci za skłanianie współziomków do odwiedzania mnie; tylko co mi diabli po nich, jeżeli nic nie kupią, a na to ich nie namówisz, to tam darmo...
W kraju też, korzystając z oddalenia, skubią go jak mogą, a może tylko jemu się tak w rozgoryczeniu wydaje. Ale pisze bez ogródek:
Pan Anczyc154, urwis krakowski, oszukał mnie na edycji i obdarł ze wszystkiego. Nie użyłem nic, a żółci, ach, ile wypiłem. O, szajko złodziejska urwipołciów literackich!...
Czasem stary wpadnie w lepszy humor i pofigluje trochę; ot, na przykład, kiedy mu pani Teodora przysłała z żartów jakąś zbyt dekoltowaną rycinę: