Tosiku drogi, kochany! Czemu tu ciebie nie było 3 maja; aj, aj, aj, co za śliczny 3 maj! Entuzjazm od początku do końca, sala pełna, stare profesory prezentujące się i ściskające mi ręce... A, per bacco, gdybym był więcej głupi jak jestem, myślałbym, że naprawdę zostałem profesor i nadąłbym się a la Stachulo Tarnosio i przywdziałbym lakierowane buty do deptania poetów z gracją i majestatem...
Błazny jak Żyd K(laczko)150 i buffon krakowski T(arnowski) wyśmiewają się i kraj im brawo bije...
Czasem dojdzie go jakieś sympatyczne echo z kraju, uznanie młodzieży:
A teraz, cóż ci powiem, figlarzu mój drogi: przyjaciele, o tak, uniwersytecka młodzież cała polska, ale też psów i żmij mi nie brak; takich Dandysów katedralnych jak Tarnowski, żydków paryskich jak Klaczko, i jezuitów Kalinków, to razza...
Nie dziwmy się zbytnio, kiedy na schyłku życia, w r. 1887, zapomniawszy widocznie o dawnych sądach, pisze do tej samej pani Teodory: „Klaczko tu co dzień do mnie zachodzi, stary znajomy od lat tylko trzydziestu”...
Czasem pan Teofil nabiera sił i rezonu i odgraża się buńczucznie:
Ale nie bój się, niechby tylko jeszcze rok zdrowia, a sprawię im balik za poezję polską. Brandmaistry wyperfumowane, bezsumienne szczeniaki, dostaną oni za swoje! Poezja polska wyjdzie spod gruzów, ale z twarzą tak ognistą jak głębie wulkanów ukrytych!
Ale wnet przychodzi zniechęcenie; czuje się sam, bezsilny. W literaturze trzeba iść kupą:
Gdyby nas było czterech jednej wiary i jednym węzłem przyjaźni połączonych, moglibyśmy oddziaływać, ale nie łudź się, tak nie jest... Kornel (Ujejski) pyszny, ani się odezwie; Krasz(ewski) poczciwy, zababrany w piśmie, a zresztą kto? gdzie? powiedz? jestem więc sam: a sam, to znaczy żaden i bez głosu.
Pisać to zresztą najłatwiej, pisze też jeszcze i dużo i raz po raz jakiś poemat ukropi, to o Sobieskim, to o innym bohaterze, ale jak to wydać, gdzie?