Rozmowa schodzi oczywiście i na wypadki. Pytam się o niedawny wypadek francuskiego ministra Bokanowskiego160. — Przypłacił życiem to, że... był ministrem, odpowiadają mi. Motor zawiódł zaraz z początku jazdy; gdyby chodziło o zwykłych pasażerów, pilot byłby najspokojniej wylądował; ale ponieważ wiózł ministra, miał ambicję w tym, aby zawrócić na lotnisko. Otóż takie zawracanie przy nieczynnym motorze jest bardzo niebezpieczne i — nie udało się. Na szczęście nie każdy jest ministrem.
W oczekiwaniu na odlot, rozmawiam z pilotem. Gdyby mnie nie był przywitał pierwszy, niełatwo bym się domyślił, że ten przystojny i elegancki młodzieniec w doskonale skrojonej marynarce, to ten sam, którego dwa dni temu widziałem w czapce z okularami i w futerale nadającym ludzkiej postaci wygląd Eskimosa. Pan... (zapomniałem go spytać o nazwisko!) nauczył się latać w czasie wojny, w wojsku francuskim. Jak dla większości jego kolegów, latanie stało się jego pasją: ma ono w sobie coś narkotycznego; trudno się potem bez niego obejść. Piloci „odstawieni” od latania latają bodaj jako amatorzy, nie mogą żyć bez tej podniety. Ten zawód ma w sobie coś z artyzmu, coś z poezji, przynajmniej dziś: być może, iż z czasem oswojenie zetrze z niego ten puszek.
Odlot punktualnie o 9 rano, lecimy do Warszawy, równo, spokojnie; wydaje się nisko, potem dowiaduję się, że przeciętnie byliśmy 2.000 metrów nad ziemią. Znów całą drogę walczy się z sennością. Jak to, to już Modlin, za dziesięć minut Warszawa! Punktualnie w dwie godziny, po paru eleganckich skrętach, jesteśmy na lotnisku w Warszawie. Tu czeka niespodzianka: właśnie przybył do Warszawy pierwszy samolot pasażerski całkowicie wykonany w kraju, w fabryce lubelskiej161. Oglądam go z wierzchu i w środku. Jest to duży jednopłatowiec, systemu Fokkera, o trzech silnikach, przedstawiający idealne warunki bezpieczeństwa: w razie gdyby jeden silnik zawiódł, pozostają dwa inne, dając, gdyby nawet nie tyle siły, ile potrzeba na dokończenie lotu, to w każdym razie tyle, ile trzeba na spokojny wybór lądowania. Wewnątrz miejsce na osiem osób, wygodne fotele skórzane, jeden za drugim, z biegnącym pośrodku przejściem.
Cóż więcej dodać? Chyba to, że polskie linie lotnicze są ostatnim bodaj miejscem, w którym schroniła się wersalska uprzejmość. To jest w tradycjach lotnictwa: w austriackiej armii, w najgorętszym czasie wojny, ktoś, kto by brzydko jadł przy stole albo popełniał nawet mniejsze wykroczenia przeciw formom, nie mógł marzyć o tym, aby się dostać do korpusu lotniczego. Jeżeli tedy istnieją jakieś mistyczne związki między dobrymi formami, między estetyką życia a fruwaniem, czyż, do wszystkich innych, nie przybywa jeszcze jeden argument, aby na całej przestrzeni ziem polskich, jutro, w dzień lotniczego święta, ozdobionego udziałem Pana Prezydenta Rzeczypospolitej, wznieść okrzyk: Fruwajcie, bracia moi, fruwajcie!
Podróż naukowa
Przed kilku miesiącami ogłosiłem relację o pamiętniku Zofii Szymanowskiej162, a raczej o jego fragmencie163 urywającym się w najciekawszym miejscu, tam gdzie zaczynają się wspomnienia o Adamie Mickiewiczu, w którego domu Zofia, siostra Celiny Mickiewiczowej, spędziła parę lat. Ta pierwsza część pamiętnika znajdowała się w papierach J.I. Kraszewskiego, z którymi zakupiła ją Biblioteka Narodowa w Warszawie i tam też się ten szacowny rękopis dziś znajduje. Przytoczyłem zarazem korespondencję między Arturem Wołyńskim164, depozytariuszem reszty pamiętnika, a Władysławem Mickiewiczem165, z której to korespondencji wynikałoby, że po długich a usilnych staraniach Władysław Mickiewicz zaniepokojony treścią rękopisu wydobył go od Wołyńskiego, po czym słych o tym pamiętniku zaginął. Otóż, rychło po moim artykule, nadeszła z paru stron wiadomość o rzekomym istnieniu owej drugiej części pamiętnika i o miejscu, gdzie się znajduje. Pierwsza informacja przesłana przez p. Landa do redakcji „Wiadomości Literackich”166 i do redakcji „Głosu Prawdy”167 brzmiała jak następuje:
Na skutek twierdzenia Boya-Żeleńskiego w nr. 284 „Wiadomości Literackich”, iż jedna część pamiętnika Zofii Lenartowiczowej przepadła bez wieści, pozwalam sobie przypomnieć moją notatkę z nr. 24 „Wiadomości Literackich”, którą zresztą powtórzyłem za monografią Biegeleisena168 o „lirniku mazowieckim” (str. 60).
W bibliotece publicznej w Rzymie złożony jest do przechowania pamiętnik Zofii z Szymanowskich Lenartowiczowej, z zastrzeżeniem, że dopiero w r. 1915 oddany być może do wiadomości ogółu itd.
Wobec tego, że termin podany dawno upłynął, już nie ma żadnej przeszkody do wyzyskania tego pierwszorzędnego — jak słusznie przypuszczałem — źródła, którym prawdopodobnie okaże się złożona przez Artura Wołyńskiego a obecnie poszukiwana część pamiętników Lenartowiczowej.
Eugeniusz Land