Częstochowa
Zdaje się niestety, że ta informacja jest anachroniczna i że odnosi się do dawnych czasów. Istotnie Wołyński pisze w liście do Władysława Mickiewicza z Rzymu w r. 1889 (list ten cytowany w swoim czasie przeze mnie, znajduje się w rękopisach Ossolineum) że rękopis złożony jest „w pewnej bibliotece” i podaje nawet tę właśnie datę (rok 1915) zastrzeżoną dla jego użytkowania; jednakże dalsza korespondencja jego z Wł. Mickiewiczem (również cytowana) świadczyłaby, że rękopis przeszedł ostatecznie w ręce syna poety. P. Muszkowski, dyrektor Biblioteki Krasińskich, objaśnił mnie, że sprawdzał rzecz i listownie, i za pobytem swoim w Rzymie ustnie i że nie znalazł w Rzymie żadnego śladu rękopisu.
Inna wskazówka, którą otrzymałem listownie od paru osób naraz, brzmiała, że druga część pamiętnika Z. Szymanowskiej znajduje się w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie, jakoby opieczętowana z zastrzeżeniem, że ma być otwarta aż w roku 1955. Opieczętować ją miał dyrektor biblioteki Karol Estreicher169. Donosząc o tym, robiłem nawet żartobliwą uwagę, że jeżeli treść pamiętników ma „kompromitować” Mickiewicza, dziwną sobie obrano datę na ich otwarcie: stulecie śmierci poety! Oczywiście postanowiłem wybrać się do Krakowa, czekałem tylko końca ferii uniwersyteckich, aby zastać świat uczony na swoim miejscu.
Bo też zastać Kraków bez uniwersytetu, to znaczy zastać go martwym. Uniwersytet to jest to, co w nim zostało najżywszego. Przemiły świat, ludzie, po których wojna, dewaluacja, wszystkie gwałtowne przemiany spłynęły bez śladu, którzy zostali ci sami, pogrążeni w swojej nauce, którzy żyją w swoim kole, hodując swoje pasje, swoje sekrety i swoje antypatie, płatając sobie uczone psikusy, wsuwając sobie wzajem szpilki i złośliwości zrozumiałe dla paru specjalistów, ukryte dla publiczności pod kurtuazją i reweransami, a dotkliwe tak, że kilka lat Karlsbadu170 trzeba nieraz, aby goić spuchnięte wątroby! Przemiły świat! Tam człowiek może się dowiedzieć zawsze najnowszych ploteczek z Babilonu czy z Krakowa, o Safonie czy o Kallenbachu171, bo tam wszystkie wieki i wszystkie epoki są na jednej perspektywie w obliczu wiekuistej Nauki. Tam wskoczyłem jak nurek, aby łowić ślad wiadomości — czy plotki — o drugiej części pamiętnika Zofii Szymanowskiej. Nie było to łatwo, bo ślad był nader nikły. Najpierw uderzyłem oczywiście do moich korespondentów: „Skąd pan wie, od kogo pan to usłyszał? — Od profesora X.” Bombarduję profesora X.: „Co pan wie o Pamiętniku Zofii Szymanowskiej? — Jest w Bibliotece Jagiellońskiej. — Widział go pan? — Ja, nie. — A skąd pan wie, że jest? — Od profesora Y.” etc. etc. I tak w kółko!
Zapomniałem powiedzieć, że pierwszą moją wizytą był dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej dr Kuntze172. Przyjmuje mnie uprzejmie, z miną świadczącą, że zgaduje, po co przychodzę. — Nie ma, proszę pana, nic takiego. Szukaliśmy już wówczas, kiedy pan dał pierwszą wiadomość o rzekomej obecności Pamiętnika u nas, przepatrzyliśmy wszystkie zakamarki, ale ani śladu. To musi być nieporozumienie. — Jak to! i ani śladu, że kiedyś istniał podobny depozyt? Wszak mógł być, i ktoś później mógł go wycofać, odebrać? — Nie, nie ma najmniejszego śladu.
Patrzę na zacnego dyrektora z leciutką nieufnością, którą on rozumie i uśmiecha się. Patrzę nie bez powodu. Bo wiem dobrze, jakie wymówki robili nasi „brązownicy”: — Jak można było coś podobnego takiemu Boyowi pokazywać? — mówili naiwnie do dyrektorów warszawskich bibliotek, którzy wzruszali ramionami, w poczuciu, że pełnią najpiękniej swą rolę, ułatwiając wydobycie na jaw rzeczy zagrzebanych i nietykanych... często umyślnie. Zatem dyrektor Kuntze odgaduje moje podejrzenia: — Nie, niech się pan nie obawia, nie ma tu żadnej konspiracji, niceśmy nie ukryli, mówię, że nie ma, bo naprawdę nie ma.
Zastanawiamy się wspólnie, gdzie by szukać jakiego tropu. Wedle moich relacji, pakiet miał być opieczętowany przez Karola Estreichera, który był podówczas dyrektorem biblioteki Jagiellońskiej; może dowiem się czego u prof. Stanisława Estreichera173, którego pamięć jest nieocenionym magazynem tylu faktów i zdarzeń. Trzeba iść do Stanisława Estreichera. „Właśnie teraz zastanie go pan w »Czasie«174 — powiada dyrektor Kuntze. — Doskonale, lecę”...
Nagle... hm... zawahałem się. W „Czasie”... To słowo „Czas” zabrzmiało mi na gruncie krakowskim tak swojo, tak rodzinnie, że dopiero po chwili zorientowałem się w przyczynie mego zacukania się. Przecież ja coś miałem z „Czasem”, przypomniałem sobie mętnie... Prawda, proces karny175, tylko tyle!... Jak tam iść teraz? Nuż wpadnę na Beauprégo176? I wyobraziłem sobie scenę z Zemsty, jak na mój widok Beaupré staje osłupiały, jak się maca po boku, szukając karabeli, aż wreszcie odpina ją i rzuca, mówiąc: „Nie wódź nas na pokuszenie — Ojców naszych wielki Boże — skoro wstąpił w progi moje, włos mu z głowy spaść nie może”...
Zdaję się na opiekę boską, idę do „Czasu”.
Beauprégo nie ma, jest Stanisław Estreicher. Przyjmuje mnie najżyczliwiej, jakby nigdy nic. Podejrzewam go, że w tym procesie był po mojej stronie. Zresztą oni wszyscy w „Czasie” prywatnie przyznawali mi rację, począwszy od Beauprégo. Ale w tradycjach „Czasu” jest coś ponad zwykłą rację; to — Racja Stanu.