Zaprotestowana Lamiel
Żyjemy dziś w Polsce pod znakiem protestów, wekslowych i literackich. O ile z protestem wekslowym trzeba się pogodzić jako z jedyną pacyfistyczną formą dochodzenia nieprzedawnionych praw własności, o tyle w sprawach mniej lub więcej duchowych nadużycie „protestu” wydaje mi się niebezpieczne. Grozi nam to, że pojedyncze lub zbiorowe protesty zastąpią krytykę literacką. Nad bramą pewnych pism wystarczy umieścić głośnik śpiewający jakąś Rotę. Ale to, o czym chcę mówić, przechodzi miarę zwykłych zdarzeń; godne jest zanotowania: jestem pewien, że znajdzie echo poza granicami Polski, jako swojego rodzaju osobliwość.
Zajmując się od dawna twórczością Stendhala, wydałem świeżo jego śliczną powieść Lamiel. Zdawałoby się, że to sprawa czysto literacka; książka sprzed lat stu, autor dawno już posadzony między klasykami, myślałem tedy skromnie, że przysporzę sobie listek do wianuszka „zasług” i tym samym okupię moje przewiny z ostatnich czasów. Jakże się omyliłem! Pewnego dnia, w codziennej paczuszce Informacji prasowej polskiej, która z życzliwą regularnością przynosi mi potok wymyślań, dostaję numer pisemka, które zwykle zresztą jest ze mną w niezgodzie. Czytam łokciowymi literami tytuł:
PROTESTUJEMY!
List otwarty do pana Boya-Żeleńskiego i wszystkich tych, którzy dzielą jego poglądy.
Tym razem osłupiałem. Z powodu Lamiel! I co za słowa padają w tym proteście! „Panowie (czytamy tam), wy przecież macie matki, wielu z was ma siostry i córki. Czy rzeczywiście i dla nich ideałem waszym byłoby wcielić je w typ Lamiel?... Przecież wy, panowie, macie się za tych, którzy szerzą kulturę w kraju swoim. Przecież wy się macie za ludzi myślących. Przecież wy nie chcecie bolszewizmu i jego następstw, ani u nas, ani w świecie całym”... Etc. etc.
Bolszewizm! Przez długi czas, w utartych dziennikarskich frazesach, reprezentowałem „kulturę Zachodu”; od niedawna ani się spostrzegłem, jak uczyniono ze mnie... ambasadora Sowietów.
Bolszewizm w powieści Stendhala z roku 1840! Erudyci i akademicy francuscy, którzy ślęczą nad ustaleniem jej tekstu i z pietyzmem odcyfrowują każdą literę, nie podejrzewali snadź, ile dynamitu mieści ta powieść, skoro zdolna jest wywołać tak patetyczne zaklęcia.
Ale, doprawdy, warto, dla oświetlenia absurdalnej metody „protestów”, zacytować parę ustępów:
Najwspanialsze świątynie, których ślady mamy w resztkach ruin, a te resztki jeszcze podziw w nas wzbudzają. Świątynie w Indiach, w Chinach, w Japonii, w Tebach, w Luksorze — greckie i rzymskie — meczety arabskie — i dzisiejszy Rzym ze swymi świątyniami — świątynie Kolonii, Mediolanu, Florencji, i te zniszczone przez wandalów w czasie ostatniej wojny.