Kto by wątpił o tym, ten niech sobie przejrzy głosy, jakie się rozlegały w pewnym odłamie prasy z powodu sztuki Cyjankali245. Ach, i na ten rozgardiasz patrzy z piramid czterdzieści wieków głupstwa!

Te demonstracje! Grają w Warszawie sztukę pierwszy raz, jeszcze nieznaną. Pierwszego wieczora przychodzi do teatru tłum młodzieży, uzbrojonej z góry w bomby cuchnące, z mocnym postanowieniem przerwania widowiska. Powtarza się to samo na premierze prasowej, z tą różnicą, że przynoszą w kieszeniach kamienie i że bomby cuchnące padają w stronę recenzentów, którzy tam przyszli pełnić swój obowiązek! Zdawałoby się, że głos krytyków teatralnych, bez względu na barwę pisma, w jakim piszą, może być tylko jeden: głos najżywszego potępienia. Przeciwnie: tu i ówdzie obłudne restrykcje przeciw „metodom”, ale równocześnie powoływanie się na „żywiołowy odruch” publiczności, i — w rezultacie — aprobata!

Żywiołowy odruch! Może i mógłby być jaki. Są w Cyjankali pewne sceny, na które wyobrażam sobie, iż mógłby ktoś z publiczności zareagować protestem. Ale niechże to będzie w istocie odruch i niech to będzie publiczność, a nie garść chłopaków wysyłanych systematycznie na każdy posterunek ciemnoty. W Poznaniu na zeszłorocznym odczycie Kadena-Bandrowskiego246 byli tacy, którzy nawet nie wiedzieli, na czyj odczyt ich posłano; skoro się pokazał Kaden, ryczeli jak opętani: „Precz z Boyem-Żeleńskim”, a niektórzy, gorliwsi: „Precz z Francją” (!). Tyleż uświadomienia wykazali manifestanci i tutaj. Nie doczekali nawet dla przyzwoitości punktu, gdzie można było demonstrować; cisnęli swoje bomby cuchnące zaraz z początku, w chwili, gdy biedna matka czworga dzieci pyta, skąd wziąć dla nich mleka i chleba. Nic dziwnego, że potem, kiedy przyszły istotnie drażliwe sceny, nie mogło być mowy o żadnym odruchu ani proteście. Nawet dla zorganizowania głupstwa trzeba pewnej inteligencji.

Dostałem list od świadka tych wydarzeń. Pisze, że zgroza go brała, gdy patrzał, do jakiej roli daje się użyć nasza młodzież. „Co za lekarze (pyta) wyrosną z tych młodych medyków, którzy zgniłymi jajami walczą o monopol dla akuszerek i bronią zakażenia krwi jako jedynego rozwiązania trudnej kwestii społecznej?”. W istocie cóż za paradoksy w naszym życiu! Więc burzycielami, którzy szturmują do zmurszałej i morderczej ustawy, są tacy „komuniści”, jak siedemdziesięcioparoletni prezydent Sądu Apelacyjnego Czerwiński, jak nie mniej poważny prezes Sądu Najwyższego Mogilnicki, a broni świętych okopów cuchnącymi gazami przeciw tym „komunistom” młodzież! Trudno o komiczniejszą zamianę ról; ale to jest cechą świętoszków, organizatorów tej całej hecy, że nie mają za grosz poczucia humoru.

Mimo woli uśmiechnąłem się do siebie. Przypomniała mi się jedna wizyta. Swojego czasu, recenzent pewnego pisma zagrzewał młodzież (tę samą), aby „żywiołowo” (tak samo) protestowała przeciw Dziejom Grzechu w Teatrze Polskim. W jakiś czas potem, krytyk ów napisał dość w istocie plugawą farsę. Widocznie powstała idea odwetu, bo w kilka dni po premierze przyszło do mnie dwóch studentów. Zwierzyli mi się, że młodzież chce demonstrować przeciw sztuce i że przyszli poradzić się mnie jako krytyka, który akt i która scena byłyby do tego celu najwłaściwsze. Ci przynajmniej traktowali rzecz sumiennie! Wyśmiałem chłopców i odesłałem ich do domu; ale daję słowo, że przy odrobinie zachęty z mojej strony, najzupełniej było w mojej mocy inspirować „żywiołowy gniew ludu”.

Ale czegóż dziwić się młodzieży. Czytajcie niektórych dorosłych, co wypisują dzisiaj. W stosunku do samego zagadnienia, cóż za poziom, co za ciemnota! Można się na nie patrzeć tak czy inaczej; ale nie wolno nie wiedzieć, że regulacja urodzeń i wszystko, co się z nią wiąże, to jeden z najistotniejszych problemów dzisiejszej doby, rzecz, nad którą głowią się prawodawcy, o którą toczą się zacięte walki w społeczeństwach, która w każdym kraju przedstawia się z gruntu inaczej, że to jest wielki ruch, który może zmieni postać świata. Krytyk teatralny, wciąż z zawodu swego zmuszony ocierać się o wszelkie zagadnienia, nie może mieć horyzontów Pipidówki. Cóż więc pomyśleć, kiedy w jednej z recenzji czyta się takie np. figlarne ironizowanie:

Rozwiązanie zagadnienia? Nic prostszego... Skoro 800.000 kobiet i tak się operacjom poddaje — należy te niedozwolone zabiegi ulegalizować. Wychodząc z założeń tego rozumowania, można by ułożyć inny jeszcze prostszy sylogizm: skoro rocznie dokonywanych jest pięć milionów kradzieży, należy kradzież ulegalizować...

O, piramidy, zasłońcie twarze! Czy ten dziennikarz nic nie słyszał o pracach naszych kodyfikatorów, którzy właśnie idą po linii legalizacji poronień, w wypadkach poważnej konieczności i że rozszerzają tę konieczność na tzw. „wskazania społeczne”? Czy nic nie słyszał o opiniach zjazdu prawników, o rezolucjach towarzystwa kryminologicznego, o głosach tuzów naszego sądownictwa, że tak sobie rozkosznie szczebiocze na ten krwawy i tragiczny temat? Zamiast wdawać się w dyskusję, odpowiem jedną historyjką, ściśle autentyczną.

Jeden z naszych sędziów wszczął rozmowę z młodym i ruchliwym adwokatem na temat poronień. W pewnym momencie sędzia zniża głos i mówi: „Panie, pan jest kawaler, zna pan tylu ludzi, tylu lekarzy, niech mnie pan ratuje. Żona moja zaszła w ciążę, a my absolutnie nie możemy sobie pozwolić na jeszcze jedno dziecko. Jestem w rozpaczy, nie mam pojęcia, gdzie by się obrócić i żeby to nie za wiele kosztowało. Niech mi pan powie”... Tamten odpowiedział: „Dobrze, panie sędzio, ale pod jednym warunkiem. Da mi pan słowo honoru, że pan nigdy nie wyda wyroku przeciw kobiecie w tym położeniu”. I sędzia to słowo honoru dał... Otóż, nie mogę sobie wyobrazić sytuacji, w której sędzia zagadnąłby młodego prawnika tak: „Drogi panie, pan jest młody, ruchliwy, niech mi pan powie, gdzie by można było coś bezpiecznie zwędzić”. A tamten żeby odpowiedział: „Dobrze, panie sędzio, powiem panu, ale pod warunkiem, że pan nigdy nie skaże żadnego złodzieja”.

Tak więc porównanie z kradzieżą nie tylko kuleje, ale leży, leży na pysk. Częsty los porównań... Ale jak nazwać, czy tylko ignorancją, wystąpienie innej znów gazetki, która, aprobując oczywiście bombardowanie cuchnącymi bombami recenzentów i zaproszonych do teatru gości, pisze, między innymi: „Cyjankali usprawiedliwia zbrodnię karaną przez nasz kodeks karny...”