Są tematy, które mają długie życie. Pewne gusty popularnego kuplecisty Mayola13 oraz banalniejsze amory Cécile Sorel14 dostarczają tematu żartom już blisko od ćwierć wieku, tak jak dawniej wstręt do mydła ministra Pelletan albo obrzezana galijskość Artura Meyera. Ale większość piosenek pulsuje rytmem chwili.

Kiedy byłem w Paryżu ostatni raz przed półtora rokiem, śpiewano wszędzie o najeździe cudzoziemców. Nuta była ostra, niechętna, niezwykle nawet zjadliwa. Obecnie, wciąż cudzoziemcy są przedmiotem konceptów, ale inaczej: paryżanin cieszy się z ich dezercji. Nareszcie jesteśmy u siebie, dworuje piosenka, nie oglądamy na każdym kroku olbrzymich autocarów naładowanych angielskimi i amerykańskimi gębami barbarzyńców objeżdżających stolicę w osiem dni i mających złudzenie, że poznali Paryż. „Kiedyś (śpiewa któryś z piosenkarzy) włamali się do mnie bandyci, policja przytrzymała ich: to byli Francuzi! Byłbym ich uściskał: nareszcie swoi, nareszcie Francuzi, a nie jacyś Polacy lub Czechosłowacy. Zaczynamy znów być u siebie...”

Ta nuta wrogości wobec elementu, który stanowi tak poważną cyfrę w bilansie Paryża, jest dosyć zastanawiająca. Wszak nie kto inny jak cudzoziemcy tworzą bulwary, owe słynne bulwary Paryża, oni niemal utrzymują teatry, wykupują magazyny, z całego świata zwożą złoto, dolary, funty, biorąc w zamian gust, smak, powietrze Paryża. Czy może istnieć korzystniejszy przedmiot eksportu?

Musieli się Paryżowi cudzoziemcy dobrze dać we znaki, aby do tego doprowadzić. Zaczęli działać Francuzom na nerwy. Po pierwsze ilość: było ich za dużo. I jakość. Dawniej przyjazd do Paryża wymagał pewnego, można rzec, cenzusu. Po wojnie zaczęła się inwazja międzynarodowego chamstwa, prepotencja dolara, bezceremonialna, grożąca wprost naruszeniem charakteru miasta. Nawet sama piosenka francuska uczuła się zagrożona, słychać było protesty, że dławi ją i wypiera dzicz obcych melodii.

Następnie drożyzna. Szczególny paradoks. Wszak cudzoziemcy przywożą pieniądze, Francji zaś potrzeba pieniędzy. Ale kto inny na tym zarabiał, a kto inny tracił. Zarabiał kupiec, hotelarz, cierpiał zaś od drożyzny urzędnik, literat, w ogóle ten, którego dochody nie rosły w stosunku do wzrostu cen życia. Może zresztą mieszano przyczynę i objaw: mieszano dewaluację franka ze wzrostem drożyzny, którą przypisywano cudzoziemcom. Ale co mnie to zresztą obchodzi.

Obchodzi mnie co innego, mianowicie uderza mnie inny jeszcze paradoks. Oto, w największym przypływie „ksenofobii” powstaje, jak pisałem o tym w jednym z poprzednich felietonów, wielka międzynarodowa fundacja Francuza — Miasto Uniwersyteckie — mające ułatwić przypływ kształcącej się młodzieży wszystkich krajów. Oto w tych samych latach kiełkuje idea międzynarodowego teatru w Paryżu, rzucona przez Gemiera, Rivoire’a; w czasie największej ksenofobii cudzoziemiec szukający w Paryżu nauki może być pewny życzliwego przyjęcia i pomocy. I oto szlachetny rys Paryża; niechęć do chamstwa, choćby przynosiło zarobki, otwarte ramiona dla każdego, kto przybywa czerpać z krynicy ducha.

Tkwi to w najgłębszych tradycjach tej stolicy świata. Bo Paryż zapierający się swego międzynarodowego — w szlachetnym znaczeniu słowa — charakteru byłby zaprzeczeniem samego siebie, przestałby być Paryżem. I, powiedzmy to, byłby niewdzięczny. Ba, posuńmy się jeszcze dalej: czy Paryż może się uważać za miasto wyłącznie francuskie, czy ma prawo uważać cudzoziemców za intruzów? Czy, od wieku z górą, nie tworzyli oni wspólnie z Francuzami tego miasta, czy nie uczynili go po trosze tym, czym ono jest? W każdym pokoleniu dążyła do Paryża elita wszystkich narodów, mniej lub więcej długi pobyt w Paryżu był pielgrzymką każdego oświeconego człowieka. Dążyli tam jak do Mekki artyści. Chronili się najszlachetniejsi wygnańcy i ci, którym było za ciasno gdzie indziej. I ludzie ci nie byli tylko gośćmi Paryża, oni byli poniekąd jego współtwórcami, każdy z nich coś wnosił, albo zbiorowo, albo indywidualnie. Te masy najlepszych cudzoziemców wlewały swą sumę inteligencji, myśli, w potężny nurt myśli Paryża: to spotkanie wszystkich wiar, wszystkich idei, wszystkich temperamentów, dawało Paryżowi z biegiem wieków jego wszechludzkość, to, co czyni go różnym od innych miast. Dzięki temu napływowi Francuz, nieskłonny do opuszczania kraju i dość oporny na obce klimaty duchowe, w Paryżu znajduje wszystko; paryżanin, nie ruszając się z domu, może mieć szerokość pojęć i doświadczeń podróżnika, bo w Paryżu ma w streszczeniu cały świat. Zwłaszcza artyści, którzy najbardziej mieszają się z sobą. Czy inaczej byłby do pomyślenia uniwersalizm Komedii Ludzkiej Balzaka? Raz po raz w jego dedykacjach, w jego korespondencji, odbija się styczność z cudzoziemcami: to ma u siebie na obiedzie Mickiewicza, to styka się z Heinem, z Hoene-Wrońskim. Bo to wszystko to są paryżanie: i Mickiewicz Adam, i po nim Władysław, i Chopin, i Liszt, i Heine, i cesarzowa Eugenia z Offenbachem, bez których nie byłoby stylu drugiego Cesarstwa, i po trosze Turgeniew, i Rilke...

Niedawno czytałem nową książkę Francisa Carco: De Monmartre au quartier latin. Czy może być tytuł rdzenniej francuski? Są to wspomnienia z lat cyganerii paryskiej, rozdział z życia artystycznego Paryża. I jakież nazwiska powtarzają się tam bodaj czy nie częściej od francuskich? Utrillo, Modigliani, Picasso, Apollinaire, Moreas... Bo Polak Apollinaire (Kostrowicki) i Grek Moreas byli wszak przez wiele lat wodzami młodej plejady literackiej we Francji, tak jak jednym z tych, którzy najgłębiej wniknęli w ducha Pascala i Montaigne’a jest Słowianin — Słowianin każdym włoskiem swojej płowej brody — dzisiejszy nasz gość w Warszawie, Fortunat Strowski! Strawiński, Niżyński, Bakst, — to też Paryż: dojrzewają w Paryżu, czerpią zeń i dają mu wzajem siebie, zapładniając twórczość młodego Francuza Cocteau, jak niegdyś włoscy aktorzy stworzyli swoim teatrem jednego z najbardziej francuskich pisarzy: Marivaux. Aby oczyścić Paryż z cudzoziemców, trzeba by zacząć operację od bardzo, bardzo dawna. I z pewnością byłaby szkoda.

A kobiety! od księżnej Belgiojoso do Raquel Meller, od Curie-Skłodowskiej do Stasi Napierkowskiej, od Marii Baszkirceff aż do jakiejś bezimiennej studentki nihilistki! A ta masa kobiet, ładnych, zdolnych, niespokojnych, interesujących, które ciągną niby ćmy do Paryża opalać się w jego ogniu i zostawiać puszek swej egzotyczności, inności, tajemnicy! Cóż za potężny antydot na ten pierwiastek „bourgeois”, który tak silnie tkwi w rdzennie francuskim życiu. Dość słyszałem zwierzeń kobiecych na ten temat, aby wiedzieć, jak potężnym „dopingiem” staje się dla Francuza zetknięcie z cudzoziemką, na ile rzeczy otwiera mu oczy, słowem jak go paryzjanizuje. Może ten czysto francuski Paryż byłby inny; ja go kocham takim, jakim jest. I wierzę w siłę twórczą rasy francuskiej, że zawsze potrafi zorganizować i wchłonąć tę masę obcych a tak szacownych elementów.

Cóż na to poradzić, że, mimo wszystkich tych dąsów, każdy czuje się w Paryżu tak dobrze, tak u siebie. Miałem tam niedawno drobny przykład, do jakiego stopnia wytwarza się wręcz nowe poczucie narodowości. Byłem z wizytą u moich starych przyjaciół. On jest wnukiem emigranta, synem artysty-paryżanina, sam urodzony w Paryżu, mówiący bardzo kulawo po polsku, ale zawzięty Polak. Żona jego krakowianka; dzieci dorosłe nie mówią wcale po polsku, Francuzi. Jest trochę gości, prawnuk Wiktora Hugo, kilka pań. Rozmowa toczy się o inwazji cudzoziemskiej, wciąż aktualny temat. Jakaś Francuzka zwierza się, że jej nic nie szkodzą cudzoziemcy, z wyjątkiem Anglików i Włochów, tych nie może strawić. Na to pani domu: „A ja dość lubię cudzoziemców, bawią mnie”. Uśmiechnąłem się mimo woli na te słowa, które wyrzekła bez najmniejszego poczucia, że przede wszystkim ona sama jest cudzoziemką. Zdziwiłaby się, gdyby jej to powiedzieć. Ona cudzoziemką? Alboż nie jest od dawna paryżanką? Trzeba się z tym pogodzić: paryżanin, to prawie narodowość. I tak, jak Ameryka zasilała się przez długie lata energią szumowin całej Europy i przerobiła je na dumną Amerykę, i wyszło jej to na zdrowie, tak Paryż zasila się wciąż pokaźną sumą inteligencji, talentu, kapitału nerwowego, dowożonego ze wszystkich krajów. I w tym także tkwi magia tego słowa: Paryż!