Premiery

Pierwszy raz obecnie byłem w Paryżu na premierach. Dostać się na nie jest dla zwykłego śmiertelnika niepodobieństwem, biletów nie sprzedają, małe przeważnie teatrzyki zaledwie starczą na pomieszczenie prasy i tych, co mają jakieś solidne prawa do uczestnictwa w tych nowaliach. Ale znalazłem osobę, która, jak Beatricze Danta, była moją przewodniczką po tym paryskim piekle: to pani Lubelska, młoda wdowa po ulubieńcu Warszawy, śpiewaku dawnego Momusa. Jest reprezentantką teatrów Szyfmana w Paryżu, z tego tytułu nie opuszcza żadnej premiery.

Bo publiczność warszawska ani wie, jak o niej myślą i jak pracują dla jej dobra! Być reprezentantką teatrów warszawskich w Paryżu, to nie lada zadanie. Premiery rozmnożyły się tak, że często nie starczy dla nich wieczorów; bywają dni, że premiera jest po południu i wieczór: biedny krytyk spędza czas w teatrze od wpół do czwartej z przerwą obiadową do dwunastej i pierwszej w nocy! Ale czymże jest praca krytyka? Co napisze, to święte: papier jest cierpliwy. Co innego reprezentant: on musi osądzić rzecz pod kątem powodzenia, rzeczy najkapryśniejszej w świecie; i to powodzenia warszawskiego; doradzić rzecz albo odradzić, telegrafować swoją recenzję w dziesięciu słowach; trzeba decydować błyskawicznie, bo konkurent nie zasypia sprawy.

W ogóle nie ma trudniejszej rzeczy niż wróżby powodzenia w teatrze. Znana jest historia, że w czasie prób z Cyrana de Bergerac w Paryżu próbowano równocześnie inną sztukę, aby mieć deskę ratunku na wypadek przewidywanej przez wszystkich klapy. Są tu i sprawy lokalne, związane z aktorem, z momentem, nie wiadomo z czym. Świt, dzień i noc, który tu obchodzi za parę dni swój jubileusz (250 razy!), nigdzie podobno nie miał powodzenia poza Warszawą. Sam się przekonałem: słuchać sztuki w Paryżu pod kątem jej sukcesu u nas to rzecz bardzo trudna. Inna atmosfera, inny rodzaj gry, inny wreszcie stosunek do teatru, wszystko to sprawia nieraz, że się człowiek doskonale bawi pod kątem paryskim, a równocześnie ziewa lub krzywi się pod kątem warszawskim. Męczące rozdwojenie.

Sama p. Lubelska to bardzo interesujące zjawisko, żywy przyczynek do etnografii tego Paryża, o którym mówiłem w poprzednim felietonie: skojarzenie Polki i paryżanki, cyganerii i światowości, wreszcie — o biada! — medycyny (jest lekarką) i teatru. Samo jej mieszkanie jest streszczeniem tych paryskich kontrastów. Mansarda, ale mansarda przy... boulevard Madeleine, która pod ręką krakowianina architekta Dessauera zmieniła się na najwykwintniejsze gniazdko kobiece. Z terasy na szczycie ogromnego domu oko ogarnia ten najbardziej paryski punkt Paryża. Stamtąd lekka, strojna, sfruwa do teatru, rzekłbyś motyl, jętka, ważka bujająca nad wodą, a tymczasem to jest rzecz istotnie najbardziej ważka pod słońcem, kasa Szyfmana. W antrakcie śmieje się, flirtuje, strzyże okiem, a w głowie ciągle waży Hamletowe być albo nie być: „Nie... chyba nie... to nie dla nas... A nuż... A nuż schwyci Ćwiklińska albo Chaberski i będzie powodzenie?... Szyfman mi głowę urwie... A jeśli go namówię i będzie do niczego itd... Z premiery, nucąc piosenkę gryzetki „on mangera, chérie, une choucroute garnie”, pomyka jeszcze do wykwintnie cygańskiej knajpki, gdzie co drugi stolik, to jakaś modna aktorka ze swoim picusiem (używam tego słowa, aby ochronić swoje prawo własności i ubezpieczyć się od przedruku w Czasie, ale i to nie pomoże, zmienią, bestie, picuś na „wielbicieli” i przedrukują!), a na drugi dzień rano już jest w białym kitlu przy pracy w szpitalu, gdzie prowadzi szkołę pielęgniarek. A życie towarzyskie, a życie osobiste? Toteż ta miła koleżanka jest to osoba najbardziej niewyspana, jaką kiedykolwiek widziałem.

Oto Paryż! Praca, wytężona praca, pod pozorami lekkości, zabawy. Wszędzie ma się w Paryżu to uczucie intensywności życia, wyciśnięcia wszystkich sił. Tyle tu możliwości, tyle rzeczy zależy od wysiłku, jaki się w nie włoży, tyle zresztą wymaga go samo utrzymanie się na fali, że w końcu to wyciska człowieka całego. I co za charakterów trzeba, aby się bronić od pokus, od rozproszenia, od Paryża wreszcie, który tak łatwo sam mógłby wypełnić życie. — „To mój siedemnasty bankiet w tym miesiącu, skarżył mi się raz przewodniczący stołu, gdym zasiadł po jego prawicy. — Trudno jest w Paryżu pracować, żali się poważny członek Instytutu, wielu z nas pisze głównie na wakacjach”...

Zmęczenie. To zmęczenie czyta się we wszystkich rysach, na twarzach premierowej publiczności, tego małego światka, który spotyka się w teatrze po kilka razy na tydzień, w cieniu nieodzownej brody Tristana Bernard rozkładającej się na froncie loży. Ale nie nudzą się. Pracują, wciąż pracują. W antrakcie ma się wrażenie, że nikt nie mówi do nikogo słowa na wiatr, że każda rozmowa jest wyzyskaniem okazji, załatwieniem interesu, przypomnieniem się, rozszerzeniem sfery stosunków. Ten wart jest uśmiechu, ten komplementu, ten minuty, ten pięciu minut... Mam zabawne potwierdzenie tego wrażenia. Siedzę z panią L. w Mathurins w pierwszym rzędzie foteli (tak respektują w Paryżu reprezentantkę Szyfmana!), za nami pan Bloch, potężny szef agencji teatralnej. Sąsiadka moja, rozmawiając z nim, przedstawia mnie przez grzeczność, na co p. Bloch powiada mi z miejsca, abym przyszedł do niego przed dziesiątą rano, bo później jest bardzo zajęty. Patrzę na niego ze zdziwieniem, bo nie mam w ogóle do niego żadnego interesu; to mu widocznie nie przyszło na myśl, żeby ktoś, kogo mu przedstawiają, nie miał do niego interesu...

I może to przepracowanie sprawia, że bawią się tak łatwo i chętnie. Uderzającym jest życzliwy nastrój na premierze; po prostu teatr amatorski, gdzie wszystko bawi, wszystko jest caca. Sztuczka, która by u nas padła jak długa ze skandalem, tam mija wśród oklasków, w atmosferze powodzenia, które zresztą nie często ratyfikuje płacąca publiczność. Ale bo ci Paryżanie lubią teatr jako zabawę towarzyską, jako spędzenie wieczoru, lubią swoich aktorów, przede wszystkim zaś lubią swój język, smakują go jak swoje wino. U nas słucha się sztuki „na treść”, u nich niejako na melodię. Każda replika opracowana jest jak fraza muzyczna. Kilka dobrych powiedzeń dobrze rzuconych przez aktorów (a jak ci aktorzy umieją mówić!) stanowi o powodzeniu aktu. Dobrze powiedziane „je m’en fous!15” zawsze rozlewa miłe ciepło po sali. „...disait très bien le mot16”, oto określenie tak często spotykane w literaturze francuskiego renesansu. Radość słowa! Ta sama, która kipi u Rabelais’go w piętrzeniu słów i pojeniu się samym ich dźwiękiem, która tętni w swadzie jarmarcznego przekupnia i wywoływacza, i — z drugiej strony — ta, która stworzyła najwykwintniejszy salon i najcelniejszą sztukę rozmawiania, ta sama radość słowa stanowi istotę francuskiego teatru. Dlatego tak częste nieporozumienia, kiedy go przenieść na inny grunt, w inną atmosferę, inny język, inny styl gry. I często po premierze jakiejś wcale dowcipnej i zabawnej sztuki, kiedy towarzyszka moja, pragnąc upewnić swoje wrażenie zwracała się do mnie pytająco: „Jak pan myśli, czy to zrobiłoby w Warszawie”, odpowiadałem: „Zrobiłoby... ale klapę”.

Nie mówię tu oczywiście o pełnym życiu francuskiego teatru, którego puls jest obecnie bardzo silny: dość wspomnieć, iż na wczorajszej swej prelekcji w Warszawie prof. Strowski zwierzył się, że w ciągu dwóch lat był obecny jako recenzent na trzystu francuskich premierach! Mówię po prostu o kilku sztukach lżejszego autoramentu, które miałem sposobność oglądać. I uważałem, że to wino, które podają w modnych teatrzykach, zaczyna być wcale cienkie. To prosta kwestia arytmetyki; z wzrostem miasta rośnie ilość teatrów; ale nigdzie nie jest powiedziane, że w tym samym stosunku ma wzrastać ilość talentów pisarskich. A im sztuki niklejsze, tym szybciej schodzą z afisza, ergo tym więcej ich potrzeba, więc są słabsze: błędne koło. I nie ma na to innej rady, niż filozofia, którą ma premierowy Paryż: pogodzić się z tym, że Molier i Beaumarchais nie rodzą się co miesiąc, teatry zaś muszą grać co dzień; przyjmować, co dają, jako powszednią zabawę, a kiedy, od czasu do czasu, trafi się jaka tęga sztuka, uważać ją za hojny naddatek, wygraną premiówki. Nigdy pono inaczej nie było i nie będzie, a jeżeli śledziennicy, gromiąc teatr dzisiejszy, mogą mu przeciwstawić blask dawnych epok, to dlatego, że z owych epok widzimy tylko ich odświętność, z naszej zaś — jej codzienność.

Beduk