Jednego wieczoru byłem w naszej ambasadzie na wielkim dorocznym raucie dla prezydenta Doumergue. Było z osiemset osób, ścisk jak w kościele, zwłaszcza gdy wszystko runęło do bufetu. Lubię wypić w ambasadzie szklaneczkę szampana, mam wtedy uczucie, że jestem światowcem, co było moim marzeniem w dzieciństwie; zacząłem się tedy posuwać w tę stronę, ale uwiązłem w tłoku. Kiedym tak tkwił bezradnie, przeciska się ku mnie nieznajomy jegomość, Francuz, i wymawiając słowo „Beduk” podaje mi bilet.
Rozśmiałem się przyjaźnie do niego i po chwili gawędziliśmy jak starzy znajomi; więcej jeszcze, jak para masonów. Bo to jest masoneria, a bilet wyglądał tak17:
Te litery znaczą po wschodniemu Beduk. Otóż, Beduk, jest to potężny talizman, w który święcie wierzył Balzac; wspomina o nim parę razy w listach do pani Hańskiej. Pieczątkę tę otrzymał w darze od głośnego orientalisty, barona Hammera-Purgstall. Obecnie przypomniał ten szczegół Bouteron, wydając w małej wytwornej plakietce monografię „Beduka”, i prawowierni balzakiści pozdrawiają się tym hasłem.
Cóż za miły, kochany świat, ci balzakiści! Pisałem o nich już parę razy, teraz zbliżyłem się z nimi jeszcze. Co za szlachetny sposób ulokowania różnych manii! Istnieje na przykład osobnik, który się zajmuje tylko mieszkaniami Balzaka. Taki potrafił człowieka zaciągnąć w nocy w odległy kąt Paryża i z pietyzmem pokazać miejsce, gdzie była ulica, przy której stał dom, w którym mieszkał przez jakiś czas Balzak. Nie ma już ulicy, nie ma od dawna domu, ale dla niego są, żyją. Nieraz mania taka, wyrosła z kultu Balzaka, emancypuje się, zaczyna istnieć sama dla siebie. Kiedy raz wychodziliśmy z zebrania takich fanatycznych balzakistów, bierze mnie pod ramię prawdziwy znawca samego Balzaka i szepce mi poufnie, wskazując gromadkę wiernych: „Czy pan myśli, że oni kiedy czytają Balzaka? Ani mowy!”
A jest co czytać! I samego Balzaka i około Balzaka. Wielkie nowe wydanie (Longnon i Bouteron) dobiega końca (Tom XXIX). A ile „balzakianów” przyniósł ostatni okres! Wydano wspaniale (po raz pierwszy) młodzieńczą tragedię Balzaka Cromwell, tę, po której wysłuchaniu areopag domowy orzekł, że powinien wszystkiemu się poświęcić, tylko nie literaturze. Wydał ją p. Walter Scott Hastings, Anglik, jako facsimile rękopisu przepisanego ręką matki Balzaka. Wydano na świeżo Contes bruns, a raczej wyłuskano to, co było w nich udziałem Balzaka. Wcześniej nieco ukazała się książka p. René Beniamin La vie prodigieuse d’Honoré de Balzac, ujmująca w powieściową formę patetyczne dzieje twórcy Komedii Ludzkiej. Jest to rodzaj, który w ostatnich czasach stał się modny, powstają całe biblioteki takich powieściowych biografii. Autor, przyswoiwszy sobie całą erudycję, strawiwszy wszystkie dokumenty, stara się wpuścić w nie prąd życia. Rozdziały, w których Balzac, nawiedziony swoim geniuszem, poczyna w sobie olbrzymią koncepcję Komedii Ludzkiej, lub kiedy zagrzebany na wsi mocuje się z wizją konającego Ojca Goriot, mają siłę emocji, która się udziela.
Wojowano w ostatnich czasach wiele o panią Hańską. P. Karol Léger wydał książkę pt. Eve de Balzac, w której, wbrew wymownej apologii Marcelego Bouterona, jeszcze raz przypuszcza atak. Wyznaję, że ten system aktów oskarżenia, te sądy nad kobietą na podstawie jakże niepewnych dokumentów, wydają mi się trochę niesmaczne. I wiecznie to samo w kółko! Ciągle wraca ten ustęp z Choses vues Wiktora Hugo o śmierci Balzaka, przy której nie było jego żony. Inni znów twierdzą, że wyszła na tę chwilę właśnie dlatego, że przyszedł Wiktor Hugo, który jej nie lubił i którego ona nie lubiła. Inni mówią, że strudzona czuwaniem mogła iść odpocząć chwilę. A może poszła robić siusiu? I to się nazywa historia literatury.
Babską co się zowie (nie kobiecą) książkę o Balzaku napisała jakaś angielska miss, Juanita Helm Floyd, pt. Kobiety w życiu Balzaka, książkę powierzchowną, pensjonarską: przełożyła ją i opatrzyła wstępem księżna Katarzyna Radziwiłłowa, bratanica pani Hańskiej, i dołączyła do niej owe listy pani Hańskiej do brata, wydane w tak nieszczęśliwej formie w Revue hebdomadaire przed dwoma laty. Listy te, które u nas obudziły podejrzenia p. L. Okręta, zaatakował świeżo bardzo gwałtownie Brousson (autor Anatola France w pantoflach) w artykułach pt. Ciemna sprawa (Nouvelles littéraires), gdzie kreśli dość niepochlebny portret samej ich wydawczyni. Uczony profesor Sorbony Baldensperger wydał książkę Orientations étrangeres chez Honoré de Balzac, a młoda miss Preston z Chicago książkę o metodzie pisarskiej Balzaka. W Niemczech Bettelheim grubą monografię. Słowem, ruch w interesie.
Znalazłem się tedy znów w klanie balzakistów. Ba, jako jubilat! P. Surville-Balzac asystował mi na estradzie w Sorbonie. W parę dni potem zwołano do domu Balzaka, wiernych aby mnie przyjąć. Jest to ów mały domek przy ulicy Raynouard, w Passy. Gdy Balzac tam mieszkał, było to het, za Paryżem; w którymś z listów opisuje Balzac, jak raz, zapóźniwszy się w Paryżu i nie znalazłszy dorożki, wędrował całą noc do siebie z powodu gołoledzi. Obecnie, Paryż od dawna wchłonął już Passy; wyrosły dokoła wysokie domy, ulice, ale ten mały domek pozostał niby wyspa przeszłości w cieniu drzew. Dzielnica dokoła podniosła się tak, że teraz do domku Balzaka schodzi się w dół — po schodach. Tworzy się tam muzeum balzakowskie, gromadzi się pamiątki, bibliotekę. Kiedy byłem w Paryżu przed dwoma laty, zaalarmowała balzakistów wieść o niebezpieczeństwie tego domku, zagrożonego młotem spekulacji budowlanej. Powstał popłoch, gotowano apel do balzakistów wszystkich krajów. Wszystko załatwiło się bardzo szczęśliwie: znalazł się Amerykanin, który domek wykupił i ofiarował „wiernym”. Bodaj to mieć takie koneksje. Zapewne powiedziano mu po prostu: Beduk!
W tym domku tedy odbywa się serdeczna, wpół żartobliwa, a jakże wzruszająca dla mnie ceremonia. Posadzono mnie w fotelu Balzaka, przemówił p. Surville-Balzac, cioteczny wnuk pisarza, przyjmując mnie niejako do rodziny, po czym jeszcze raz obejrzeliśmy w skupieniu te pamiątki, obeszliśmy te pokoje, gdzie, schroniwszy się tam po katastrofie (której z rzędu!) swego życia, Balzac pogrążył się w wytężonej pracy, budując w myślach przyszłość dla ukochanej kobiety, z którą miał się połączyć aż w wilię śmierci. Stamtąd szły te gorączkowe, serdeczne, pełne ubóstwienia listy — do Polki.
Duszą tego klanu jest nieoceniony Marceli Bouteron, też „maniak” Balzaka, ale zawsze pod kątem jego dzieła. Czuć jego rękę niemal w każdej nowej pracy, która się ukaże; to pisze do niej przedmowę, to autor mu dziękuje za pomoc i wskazówki. Bouteron od dawna projektuje podróż do Polski, do której pała szczerą sympatią, ale zawsze coś staje na przeszkodzie. W ostatnich czasach rozrywany był jako prelegent, gdy z okazji stulecia Romantyzmu mówił o „Muzach Romantycznych” (niebawem omówię jego śliczną książkę pod tym tytułem) lub o „Tancerkach Romantycznych”. Może na przyszły rok uda się go ściągnąć do nas z odczytami.