I oto znów przyczynek do psychologii Paryża. Mówiłem w jednym z felietonów o „stosunkach” i ich rozmaitym charakterze. Otóż trudno opisać serdeczność, jakiej doznałem od Bouterona w ostatniej okazji. Przejęty był moim występem w Sorbonie bardziej ode mnie, miał za mnie tremę, a wciąż tłumaczył mi, żebym się nic nie bał; co rano telefonował do mnie z zapytaniem „jak się czuję”, kiedy zaś nadszedł krytyczny wieczór, przyjechał po mnie niby sekundant przed pojedynkiem, aby mi towarzyszyć i być ze mną do ostatniej chwili. Pierwszy uściskał mnie rozpromieniony. Potem robił mi reklamę, gdzie mógł, starał mi się o interwiewy, pomieszczał artykuły w pismach. Wszystko to robił jeden z najbardziej zapracowanych ludzi w Paryżu, bibliotekarz Instytutu, który sam mi mówił, że kiedy ma pisać coś większego dla siebie, wstaje o trzeciej rano, aby mieć dłuższy oddech swobodnych godzin myśli. Dla brata nie mógłby zrobić więcej i serdeczniej ten człowiek, któremu jestem niczym poza tym, żeśmy się spotkali na gruncie wspólnej pasji. I oto sekret stosunków Paryża, najtrudniejszego, najobojętniejszego miasta w świecie, a które zmienia swą fizjognomię jakby czarami dla każdego, kto mu pokaże jakiś talizman. Beduk!

Typy i typki

Znowu mam ochotę robić plotki! Tyle dni mówiłem o rzeczach poważnych! A gdzież robić plotki, jak nie w Paryżu, w tej kochanej kolonii polskiej, która ma tyle cech naszego małego miasteczka? I to małe miasteczko, zaszczepione na olbrzymiej stolicy, ma swój wdzięk. Ale o tym trzeba by mówić osobno, to za obszerny temat.

Na czym polega oryginalność figur spotykanych na obczyźnie? Może na tym samym, na czym polegała barwność dawnej szlachetczyzny, na indywidualizmach niestartych w młynie społecznego życia? Może na przeroście fantazji w stosunku do rzeczywistości? Ale, powtarzam, to są szerokie tematy, dziś chcę tylko robić plotki.

Przysiadłem tedy jednego popołudnia u Webera. Terasa przepełniona, mi-carême18. Niepodobne to mi-carême do dawnego Paryża w owym „dniu szaleństwa”. Pamiętam dawniej bulwary zasypane grubą na parę cali warstwą confetti, jak śniegiem. Dziś confetti zabronione ze względów higienicznych, zapewne jakiś Knock znalazł na nich bakterie. Ale przede wszystkim zmieniła się psychika tłumu, zmieniły się jego zabawy. Przypadkowo byłem w Nizzy w tłusty wtorek, w dzień słynnej „bitwy kwiatowej”. To corso kwiatowe, opisywane w tylu powieściach, w tylu korespondencjach, i które naiwni wyobrażają sobie jako cud świata, cóż za mizeria! Trudno o coś bardziej sennego, tandetnego, niż ta defilada wehikułów, której apatycznie przygląda się garstka gapiów. Weyssenhoff, piewca dawnej Riwiery, zapłakałby na ten widok. Bo istotnie, jakiż ma dziś sens szał końca karnawału, kiedy nazajutrz ten sam dancing tak samo funkcjonuje w pierwszym dniu postu? „Szał” rozmienił się na drobne, wyładowuje się partiami cały rok, nie zagęszcza się w specjalne dni.

I te kostiumy, te przebierania, na Południu może jeszcze będące potrzebą rasową, w Paryżu już robią wrażenie martwej tradycji. Wchodzi do Webera paru młodych ludzi, przebranych za kobiety w jakimś fantastycznym stylu Pompadour, i pytają piskliwym głosem, gdzie jest toaleta dla dam. Ten i ów z publiczności śmieje się pobłażliwie, ale nikt się tym naprawdę nie bawi.

Zaczyna padać deszcz, kapie mi z płótna na głowę, wstaję tedy i idę. Kiedy jestem na środku ulicy Royale, na wyspie chroniącej od automobilów, widzę, że ktoś mnie dogania. Jakaś czarno ubrana postać młodej kobiety, ani ładna, ani brzydka; wygląda trochę, jakby ją zęby bolały.

Est-ce monsieur Boy19? mówi do mnie. — Oui, madame20, odpowiadam. — Ach, więc dobrze pana poznałam, ciągnie już po polsku. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności zaczepienia pana. Byłam w Sorbonie, kiedy pan przemawiał — wie pan, mówiłam do pana X., że nie wierzę, aby była na sali choć jedna kobieta, która by się panu zaraz nie oddała...

Obiecujący początek, czekam co będzie dalej.

— Czy można pana odprowadzić parę kroków? — Proszę bardzo.