Rozmowa zawiązuje się dość mdło. — Pani stale mieszka w Paryżu? mówię, aby coś powiedzieć. — Tak, stale. Czy ja mogłabym mieszkać gdzie indziej? Wychowuję tutaj moje dziecko, że tak powiem, naturalne. Gdzież ja bym się z tym mogła podzieć?

To „że tak powiem” ujmuje mnie za serce. Przeczuwam parę chwil cichej zabawy, zaczynam bidulkę ciągnąć za język. I w istocie co chwilę pada coś, po czym w duchu parskam śmiechem, tak oryginalne są jej powiedzenia, których na nieszczęście nie umiałbym już skleić. Oczywiście o stanach duszy. — „Ja, kiedy jestem bardzo nerwowa, kiedy mi jest źle na duszy, wtedy idę się kąpać; to mnie uspakaja...”

Drepcemy tak po mokrym asfalcie przez cały Paryż, aż het na bulwar Raspail. Nieznajoma opiekuje się mną jak matka, ratuje mnie parę razy spod ciężkich autobusów, wreszcie odstawia pod hotel. — Nie powiem panu mego nazwiska, to nie ma znaczenia, dziękuję panu za tych kilka chwil... I mój gnomek znika w migotliwym mroku ulicy, zostawiając mi wrażenie trochę pocieszne, trochę niesamowite, wrażenie czegoś nierzeczywistego, a zarazem jakiś posmak smutku. Leje deszcz, bańki wodne wykwitają z bruku, aby zniknąć w tejże chwili, i nie wiem, czemu to nieznajome stworzenie, tu w tym olbrzymim mieście, wydaje mi się nagle taką bańką deszczową bruku Paryża...

Inna banieczka, bardziej błyszcząca. Też typek. Wpadłszy między Mâcon a Marsylią (wstąpił do piekieł, po drodze mu było) na dwa dni do Nizzy, poznaję przez znajomych panienkę dobrze dorosłą, Polkę, urodzoną we Francji, spędzającą całe życie na obczyźnie. Podróżuje sama. Bardzo bogata, rozpieszczona, samowolna, a chora na „niemoc woli”... — w tej chwili waha się, czy ma jechać do Włoch, gdzie w jakimś banku czeka na nią dwadzieścia tysięcy dolarów, czy do Paryża, czy jeszcze gdzie indziej. Zamieniam z nią ledwie parę słów (mówi po polsku z pewnym wysiłkiem), ale po południu widzę ją na Promenade des Anglais. Budzi się we mnie Pochroń; dwadzieścia tysięcy dolarów, może będzie robota... Zbliżam się, wita mnie mile. — Pan mnie poznał, taki znakomity człowiek... rumieni się lekko. Przechodzi fioraja, kupuję bukiecik fiołków i wręczam. Panna rumieni się mocniej. Przeliczam w duchu dolary po kursie. Chwila rozmowy. — Proszę pana, czy pan zna Woronowa? — Tego odmładzacza? — Tak. — Nie, nie znam. Oczywiście, słyszałem o nim... — Co pan o nim sądzi? — Nie mam osobistego zdania...

Panienka chce widocznie coś mówić, rumieni się, waha... Ktoś podchodzi i rozmowa się urywa. Żegnam się.

Spotykam wspólnych znajomych i wspominam o spotkaniu. — Mówiła panu o Woronowie? — Coś chciała mówić, ale nie dokończyła. — No, to musimy ją wyciągnąć.

— Proszę pani, może pani spyta pana Boya o to, co pani kiedyś pytała, pan Boy jest lekarz, może panią najlepiej objaśnić.

Panienka znów się rumieni, waha, wreszcie zaczyna. — ...Bo wie pan, jaki ten Woronow jest idiota. On chciał się ze mną żenić. Pyta mnie, czy ja wiem, co to jest małżeństwo? Powiadam, no naturalnie, że wiem; ludzie mieszkają razem... A on mnie pyta, czy ja wiem, że to jeden wchodzi w drugiego? Co za idiota. Proszę pana, jakże jeden człowiek może wejść w drugiego, pyta bardzo dorosła panienka, wlepiając we mnie niewinne i pytające oczy. Takiemu człowiekowi, jak pan, to uwierzę.

Z trudem zachowuję poważną minę. — Oczywiście nie cały, ale do pewnego stopnia może, odpowiadam. — Ale jakże to?... — Najlepiej będzie, jak ja to pani narysuję, mówię, wydobywając karnecik i ołówek. I gotuję się rysować z pamięci akt Woronowa, którego nigdy nie widziałem na oczy. Ale panienka rumieni się mocniej, odwraca się i nie chce patrzeć. Kiedy wyszła, znajoma moja mówi mi: — Wie pan, to jest jej perwersja. Ona się w ten sposób podnieca. Wszystkich po kolei wypytuje o to, a kiedy która z kobiet próbuje ją uświadomić, aby nie plotła głupstw, udaje, że nie słyszy, i nowopoznanego pyta się na nowo.

Dziwiłbym się, gdybym miał czas, ale za chwilę muszę jechać. Za kilka dni jestem znów w Paryżu. Ktoś mówi mi, że pewien malarz, który chce na swoją wystawę dać portrety „tout Paris” ostatniego sezonu, prosi, czy bym nie zechciał mu pozować. Można się domyślić, jak mi to pochlebia: tout Paris i ja! Idę do malarza, gdzieś blisko Montparnasse. Kogoś właśnie maluje, zapoznaje nas: