I oto sedno rzeczy. Sami robimy głupstwa co dzień, a nie chcemy, aby je robili ci, którzy nas reprezentują. Jakże w takim razie mają nas dobrze reprezentować? Jakże mają mieć kontakt ze społeczeństwem? Człowiek, któremu nie wolno robić głupstw! Tragiczna sytuacja. I niebezpieczna. Bo istnieje przysłowie: ten tylko nie zrobi głupstwa, kto nie robi nic. Jakże łatwo połączyć te dwa pojęcia i wysnuć z nich dyrektywę działalności...

Sądzę tedy, że pierwszym postulatem chwili byłoby przywrócić naszym przedstawicielom prawo do robienia głupstw. Z tą chwilą staną się żywymi członkami społeczeństwa, staną się naszymi braćmi, zdobędą swobodę ruchu, rozmach, śmiertelność ich się zmniejszy, przestaną być zimni, sztywni i nadęci na wzór „dyplomaty” ze starego teatru, przestaną cedzić słowa i przybierać miny ludzi, od których zależy pokój świata. Za głupstwa będziemy im wymyślać, za mądre rzeczy będziemy ich chwalić; niech robią głupstwa (oczywiście nie przekraczając racjonalnego procentu), ale niech robią.

A przy tym czy to tak łatwo wiedzieć, co jest głupstwem? O tym sądzi dopiero historia. I często sądzi pod kątem — innego głupstwa. I tak w kółko. To są rzeczy względne. A tu idzie o życie ludzkie, o higienę korpusu dyplomatycznego.

Kolonia

Miałem ochotę mówić o kolonii polskiej w Paryżu, ale spostrzegam, że o tym trzeba by napisać nie felieton, ale książkę. I taką książkę o polskim Paryżu, jego historię, geografię, filozofię powinien by ktoś napisać. Wszak od stu lat Paryż odgrywa taką rolę w naszym życiu. To jedno z większych polskich miast, jeżeli oceniać miarą skupienia energii duchowej. Ileż najrozmaitszych nawarstwień, ileż kształtów polskości. Całe pokolenia emigrantów, sfrancuziałe, skrzyżowane w najrozmaitszym stopniu; Polacy wrośnięci w Paryż, pracujący w jego warsztatach, naturalizowani formalnie lub faktycznie; wreszcie ta masa elementu napływowego, bądź wżytego mniej lub więcej w miasto, bądź koczującego niejako eksterytorialnie, artyści, dyplomaci (z teką lub bez), korespondenci, dziennikarze, szlifibruki, łaziki, studenci, studentki. Nie najmniej kolorytu nadaje polskiej kolonii masa ludzi, którzy tkwią tu nie wiadomo po co, dla których Paryż stał się nałogiem, koniecznością, i którzy żyją tu jakimś półżyciem cieniów, nie zasymilowani z Paryżem, niezdolni żyć już w kraju.

Czasem pomiędzy nimi a Paryżem staje szczególna zapora: język. Dość częsty objaw. Kto przyjedzie tu, nie znając języka, ma wielkie szanse, aby go nie poznać. Żyje w „kolonii”, styka się z samymi Polakami, w kawiarni płaci rachunek na migi lub mówi: Garsone, mua payé; kino i Jockey nie wymagają francuszczyzny... Bywają tacy po kilkuletnim pobycie w Paryżu. Opowiadano mi niegdyś o malarzu, który przez trzy lata co rano wchodził do tej samej piekarni, mówił fin de siècle, dawano mu bocheneczek żytniego chleba (pain de seigle), i nigdy nie dowiedział się, że te słowa znaczą co innego. Takich jest dużo więcej, niż się przypuszcza, i ci właśnie, skazani na ciągłe współżycie z ziomkami, tworzą poniekąd jądro kolonii. To nadaje życiu polskiemu w Paryżu oryginalne zabarwienie małego miasteczka, zaszczepionego na olbrzymim mieście. Plotki, kłótnie, intrygi na tle teatrów amatorskich, w których grywa się Szczęście Frania albo Posażną jedynaczkę, oto dola, dla której wielu przymiera tu głodem i marnuje teraźniejszość i przyszłość. Duża ilość skrachowanych egzystencji, które tu się chronią, też nadaje „kolonii” swoistą fizjognomię. Bądź co bądź i ta gromadka jest wcale ciekawa; co człowiek, to typ, to cała historia, żywa tajemnica, której odcyfrowanie wymagałoby spojrzenia jakiegoś Balzaka. Są stoliki w kawiarni na Montparnasse, które robią wrażenie ludzkich cmentarzy.

Zajmującym studium literackim byłoby także wydobyć Paryż odbijający się w naszej literaturze. Ten tak ciekawy i żywy opis Paryża u Prusa, który nigdy w Paryżu nie był i który cierpiał na „chorobę przestrzeni” (stąd ten paniczny lęk mocarza Wokulskiego w jasne południe na placu Opery), Paryż-dżungla Żeromskiego, podziemny Paryż Zapolskiej, i tyle innych Paryżów u naszych pisarzy.

Dziwna rzecz, jak u nas pozwala się spływać wszystkiemu bez śladu, jak mało jest potrzeby utrwalania życia! Życie jest, zdaje się, za szczere dla naszego nawyku zakłamywania wszystkiego; dlatego nie wypracowaliśmy techniki chwytania go na gorącym uczynku. Czy nikt nie napisze biografii tak ciekawej figury, tak zrośniętej z paryskim brukiem, jak Wincenty Brzozowski (Vincent de Corab), poety, który jeszcze tak niedawno temu był żywą legendą, który spędzał lata na wędrówkach między Paryżem a Syrią, żył nie wiadomo z czego, to pracował w fabrykach jako robotnik, to usługiwał w Paryżu jako kelner w prywatnej jadłodajni, prowadzonej przez żonę jednego z naszych artystów, po czym siadał ze stołownikami do pokera, — tworząc wśród tego nieliczne wiersze po polsku lub po francusku, uwodziciel wdów i sierot, zażyły w świecie paryskich apaszów i dziewcząt, którym deklamował Verlaine’a.

Ten najszlachetniejszej rasy cygan życiem wypowiadał się pełniej niż literaturą, dlatego szkoda, by jego życie przepadło bez śladu. Osobiście zetknąłem się z nim ledwie parę razy w Krakowie, dawno temu; pamiętam wieczór spędzony razem w kawiarni, kiedy ten łazik z dość plugawą brodą, otoczony famą „niebezpiecznego człowieka”, tłumaczył mi z zapałem piękności... Racine’a. Kiedy później czytałem L’homme qui assassina Farrère’a i ów bardzo zabawny komentarz „Polaka” Cernuwicza do Bajazeta, zawsze mi się przypominała owa gawęda z Brzozowskim.

Tę zdolność i potrzebę utrwalenia życia posiadają Francuzi w wysokim stopniu. Wspominałem o świeżej książce Francis Carco De Montmartre au Quartier latin: już tam ma swoją historię czy swoją legendę Zborowski, tak dobrze znany w paryskiej kolonii, i ów heroizm ubóstwienia, jakim otaczał malarza Modiglianiego, wówczas mrącego z głodu, po śmierci kupowanego na wagę złota: