„...Kiedy się zaszło do Zborowskiego, biegł kupić świecę i, osadziwszy ją w butelce, wprowadzał gościa do ciasnego pokoiku bez mebli, nagiego, nędznego, gdzie w kącie obrazy malarza tworzyły istną kupę. Przy blasku świecy Zborowski pokazywał swoje cuda, pieszcząc je miłośnie ręką i oczyma, po czym mówił w uniesieniu, przeklinając los, który ciążył nad „Modim” i plując z obrzydzenia. Im więcej się ciskał, tym obficiej słowa przypływały mu do ust dla wyrażenia wielkiego wspaniałego zachwytu wobec tych nagich ciał, tych postaci, tych portretów malowanych bez najmniejszej troski o„szkołę”, bardzo czystych, olśniewających, w których odbijała się dusza malarza i jego sztuka.

— Co za poezja! rozpływał się Zborowski.

Przystawał, znów chodził i nagle wykrzykiwał:

— Tak, kiedyś zaniosłem piętnaście płócien handlarzowi i chciałem za wszystko tylko troszkę pieniędzy... Och, bardzo mało... żeby dać Modiglianiemu... i kupiec nie chciał... powiedział mi: „Zabierz to pan... nie kupię... Czemu? Byłbym mu oddał tych piętnaście płócien darmo, gdyby mu się bodaj podobały. Ale nie... I żaden nie chce... Żaden... Cóż za idioci... Nie przyzwyczaili się jeszcze... ale zobaczy pan... później... nawet nie później... bardzo prędko... będą płacili bardzo drogo za te płótna, których dziś nie chcą...

— Więc dobrze, rzekłem, niech mi pan sprzeda ten akt, dobrze?

— Podoba się panu?

Zborowski wydał krzyk radości, poczym, zbliżając świecę: Patrz pan! wykrzyknął, jak to cudownie malowane... jakie to żywe... Och! cudowne!... Prawda, cudowne?

Panu nie sprzedam, zadecydował, daruję to panu... ma pan... daję panu... bo pan to kocha... — A pieniądze dla Modiglianiego? — Nie... niech pan weźmie, jestem kontent, że się panu podoba... Nie mówmy o pieniądzach. Niech się pan o to nie troszczy... Jutro przyjdzie tu człowiek który ma kupić ubrania... Da mi dwadzieścia franków... to wystarczy...”

I następuje opis cudów poświęcenia, jakich dokazywał Zborowski, aby zdobywać dla przyjaciela nędzne środki do życia, i śmierć malarza, i jego tryumf pośmiertny.

Mógłby powiedzieć dużo o całej minionej epoce polskiego Paryża taki Jan Mieczysławski, poeta, przyjaciel Moreasa; żywą historią polskiego Paryża jest Antoni Potocki, jeden z najdawniejszych Paryżan, który im dłużej siedzi w Paryżu, tym bardziej nabiera polskiego typu i staje się podobnym do mickiewiczowskiego „Maćka nad Maćkami”, godzącego nieraz emigracyjne swary i kwasy energicznym: „A głupi! A głupi!” Pyszna figura! Dawno, dawno temu, za studenckich czasów, bywałem u niego w mieszkanku przy ulicy Campagne première: pokój zawalony papierami, Antoś na spirytusowej maszynce robi czarną jak smoła herbatę. W ćwierć wieku potem pytam o jego adres: hotel Chatham. Bagatela, myślę sobie, ależ zaawansował. Wjeżdżam windą na najwyższe piętro wspaniałego hotelu tuż koło bulwarów, wchodzę do pokoiku, skąd przez balkon obejmuje się okiem ocean dachów Paryża, pokój spiętrzony pod sufit papierami, a przy stole siedzi Antoś i gotuje na studenckiej maszynce (może to ta sama?) herbatę. — To na to ci trzeba Chathamu? mówię. Ale telefon przy łóżku, na dole książęcy hall do przyjęć: reprezentacja! I zawsze otoczony jakąś młodzieżą, która go uwielbia, jakimiś pół-Francuzami którzy przy nim polaczeją, gołymi malarzami, którym przez swoje stosunki pomaga coś sprzedać, zawsze pełen projektów, entuzjazmów, zna Paryż jak swoją kieszeń, od modnej restauracji aż do pokątnego muzeum, i kocha Francuzów i Francję miłością bez złudzeń. Świetny causeur22, o rozmowie pełnej olśniewających improwizacji, zawsze zachował jakąś młodzieńczą tymczasowość życia, zwrotność zainteresowań. Stare meblarstwo francuskie czy malarstwo angielskie, sprawa polskiej emigracji robotniczej, czynna robota polityczna podczas wojny i w pierwszym wrzątku naszej niepodległości, wszystko po kolei — albo naraz — pochłania go i odciąga od tego, co było głównym powołaniem jednego z najświetniejszych naszych krytyków i eseistów. Mimo usług, jakie Potocki oddaje w Paryżu naszej sprawie, jest to jeden z tych ludzi, których Paryż uwiódł, zagarnął i nie puścił już, z uszczerbkiem dla naszego rodzimego życia. Może by on zechciał spłacić swój dług pisząc, bodaj z żywych wspomnień, monografię polskiego Paryża? Pogodziłby w ten sposób dwie swoje miłości, dwie rywalki, — Paryż i literaturę. A kiedyż wskrzesić dawne szlacheckie gawędziarstwo, jak nie dziś, w epoce radio?