Otrzymując takie listy, Różyczka bierze mapę Francji i proponuje mi ni mniej ni więcej jak 150 miast. „Lepszej propagandy dla Polski nie znajdę’’, powiada.
— Ależ, Różyczko, odpowiadam ze śmiechem, nim dojadę do ostatniego, będę już zgrzybiałym starcem, przestanę być czarujący!
Ale obiecałem wrócić w jesieni, oczarować jeszcze kilkanaście miejscowości.
Ci, którzy mnie znają w Warszawie nieśmiałym, milczącym i zamkniętym, z trudnością wyobrażą mnie sobie w tej roli. Ja też sobie w duchu powtarzałem te wiersze z Pana Tadeusza: „Zdziwili się obecni patrząc na Robaka, skąd mu się wzięła mina i wesołość taka”... Wszystko dla Ojczyzny. Ale co mnie to zdrowia kosztowało!...
W Sorbonie i gdzie indziej
W poprzednich felietonach spłaciłem dług nastrojom społecznym, czy wolno mi teraz będzie skreślić parę słów wrażeń osobistych? Należy się to ode mnie delikatności moich znajomych, z których każdy mówi mi: „Nie będę pana męczył pytaniami, bo pewno pan to wszystko opisze”. Ale od czego zacząć, kiedy mi się wszystko po trosze w głowie poplątało, wszystko stopiło się jak lody w jedną bryjkę, będącą symbolem mojego życia, splątanego z rzeczy serio i mniej serio. Więc jednego dnia Sorbona, tłum publiczności, orkiestra, posągi wielkich ludzi, ambasadorowie, ministrowie, Akademicy, a na środku ja nieborak z nieokreślonym uczuciem psa w kręgielni. Nazajutrz inny obraz: recepcja u studentów francuskich, gdzie kochane chłopcy śpiewają mi pieśni, od których uszy więdną. I znów nazajutrz śniadanie na moją cześć w polskiej ambasadzie, przy stole cały podręcznik literatury francuskiej, same tuzy, przyjęcie w najwyższym stylu, lokaje dyskretnie szepcą do ucha nazwę i rok nalewanego wina, przed gościem po sześć widelców, do każdej rzeczy inny. Cały czas zerkam na Flersa siedzącego naprzeciwko, obserwuję, którym widelcem co bierze i naśladuję go ślepo: taki to się nie pomyli. Ambasadorowa mówi o Montaigne’u, ambasador mówi o Pascalu, takie czasy! Nazajutrz charleston w Grand-Écart, gdzie bardzo dystyngowana cudzoziemka choruje mi sposobem morskim na rękaw od smokinga: kiedym się nazajutrz na to żalił przed przyjacielem moim, Francuzem, odpowiedział mi tonem delikatnego wyrzutu: „Mais, mon cher, czy to jest miejsce dla oficera Legii Honorowej?” Nazajutrz przemawiam w Maçon, gdzie zostaję członkiem Akademii, koledzy moi Akademicy odprowadzają mnie wieczór na kolej, rano wysiadam w Monte-Carlo, gdzie wygrywam trzy razy numer en plein, zjadam obiad z piękną panią Laurą, wracam do kasyna, postanawiając grać rozsądnie, wskutek czego przegrywam prawie wszystko z powrotem, i nazajutrz jestem w Tulonie, gdzie imieniem ziomków wita mnie na dworcu p. Edward Ligocki. Czyż nie miałem racji mówiąc o nierozerwalnym splocie rzeczy serio i mniej serio?
Wieczorem w Tulonie pokazują mi historyczną niemal kawiarnię, gdzie siadywały nos petites alliées, „nasze sojuszniczki”, z powieści Claude Farrère’a. Siadam w kąciku i rozglądam się po sali. Może się coś zepsuło od czasów Farrère’a, ale widzę same zdziry. Patrzę na nie niemal z rozrzewnieniem. Chciałbym im powiedzieć: „Czemu mnie nie witacie? To ja, siostra wasza, dziwka, dobrze znana w Kielcach i w Radomiu, która wyrwana z ojczyzny przyjechała, zawadziwszy o Paryż, obrabiać portowe miasta... Komu by się ta metafora wydała nie dość jasna, tego odsyłam do książki mojej pt. Brewerie i do zawartego w niej artykuliku „Mój objazd pasterski”. Bo ta książka właśnie była początkiem wszystkiego. Dano ją „Różyczce”, skoro się poduczyła po polsku, przeczytała mój odczyt Jak zostałem literatem, i zwróciła się do mnie, czy bym nie powiedział w Paryżu czegoś w tym rodzaju, ale dla Francuzów. Zgodziłem się, nie przypuszczając, że moja gawęda ma się stać osią uroczystości na tę skalę. I kiedy o tym dziś jeszcze myślę, nie mogę się wstrzymać od podziwu dla odwagi i literackiej intuicji Różyczki, która nie bała się puścić Zielonego Balonika pod kopułę Sorbony. Ale Różyczka lubi ryzyko. Śmiałem się z niej potem, że kiedy siedziała na estradzie nabitej dostojnikami, wlepiała we mnie wzrok z miną człowieka, który postawił 100 franków na konia i ściga go oczyma, czy dojdzie, czy też połamie nogi.
Doszedłem, wziąłem parę przeszkód, w czasie których sala zaniepokojona wstrzymywała oddech, a potem parskała śmiechem, i znalazłem się w dobrej formie u mety. Stary Doumic machnął chorągiewką, ogłaszając zwycięstwo, minister Marin zaprowadził mnie do wagi, trybuny grzmiały od oklasków, a ja zdyszany, parujący, nadstawiałem kopyto gratulantom. Pamiętam jakieś starsze damy, które ściskały mi ze łzami rękę, mówiąc tylko: „Polka! Polka!” jedyne słowo, jakie umiały niebożątka, widocznie córki czy wnuczki emigrantów.
Co ja dziś za rzeczy wypisuję! Dziwka, koń, czy to jest styl dla oficera Legii Honorowej, powiedziałby mi mój francuski przyjaciel. Ale przebaczcie mi, czytelnicy; to reakcja: sześć tygodni reprezentowałem, sześć tygodni byłem przyzwoity, dobrze wychowany, bez zarzutu. To, mimo wszystko, ciąży. Człowiek może w Warszawie robić paryżanina, ale w Paryżu czuje się po trosze dzikusem, człowiekiem Wschodu, jaraczem: ciąży mu to doskonałe uregulowanie form życia. Oczywiście w zetknięciu z Francuzami, bo istnieje drugi osobny Paryż dla cudzoziemców. Ale Francuzi są szalenie uporządkowani. Wszyscy piją wino, ale nikt się nie upija; wszyscy się śmieją, ale w pewnych granicach; wszyscy się bawią, ale nigdy do jutra rana. Nie zdarzyło mi się widzieć najmniejszego przekroczenia tych norm nałożonych przez nawyk wytężonej pracy i przez wiekową kulturę zabawy. I przyznaję, że dławiłem się po trosze w tym rozsądku. Wówczas wymykałem się do rosyjskiej knajpki, gdzie przy bałałajce zawodzą tęskne pieśni, gdzie człowiek jak ów Protasow w Żywym trupie powtarza w duszy: „Śpiewaj, Masza! Śpiewaj ciągle! ach, byle tak trwało”... Albo do zacisznych barów, gdzie sucha Ameryka zalewa się kunsztownie mieszanymi koktajlami. Albo do pewnego sympatycznego lokalu, gdzie w stłoczonej izdebce Murzyni oszalałym rytmem kołyszą do tańca pederastów i lesbijki. Dziwnym prawem kontrastu, zawsze w tej norze czuję jakiś przypływ zdrowia moralnego, powiew tężyzny. To wszystko to ów Paryż cudzoziemców; udział Francuzów w tych zabawach jest znikomo mały. W czasie mojej niezawinionej przygody w Grand-Écart miałem z dziesięcioro towarzyszy niedoli, powstał krzyk, pisk, jak przy tonięciu okrętu, ale zarazem istna wieża Babel cudzoziemskich języków i akcentów.
Ten sam, nawet jeszcze większy umiar w zabawie istnieje na prowincji. Przyjmowany wszędzie najserdeczniej, karmiony, pojony, ale nigdy poza określoną porę, nigdzie nie spotkałem człowieka, który by mi powiedział z serca po przepisowej godzinie: „No, teraz chodźmy się napić”. Zwłaszcza dla żonatych ludzi rygor jest bezwzględny. Kiedy w Aix-en-Provence siadaliśmy o wpół do ósmej do obiadu, pytam się, jaki będę miał powrót do Marsylii. Mówią mi: „ostatni pociąg odchodzi o 9 wieczór, potem jest jeszcze autobus z kasyna o 12; ale to już pewnie dla pana będzie późno, no i ci panowie są żonaci...” Wyobraźmy sobie u nas przy tej samej temperaturze serdeczności: sądzę, że autobus z kasyna odjechałby próżny, a ja na drugi dzień rano, w kapeluszu na bakier, wypiwszy moc bruderszaftów z ludźmi, o których nie wiem, jak się nazywają, gramoliłbym się do wagonu.